Czwarty Sektor. Cz. 3

Borne Sulinowo powitało go martwą ciszą, którą tylko potęgował miarowy warkot silnika Dustera. Paweł zredukował bieg, mijając tablicę z nazwą miejscowości. Krajobraz drastycznie różnił się od bieszczadzkich połonin. Tutaj las nie był naturalną potęgą, wydawał się raczej maskowaniem narzuconym na betonową bliznę po radzieckiej armii.

 Zatrzymał się przed budynkiem nadleśnictwa. Tomek Kaczmarek stał na parkingu, oparty o mocno wysłużoną terenówkę. Wyglądał, jakby od miesiąca nie przespał ani jednej pełnej nocy.

 Paweł wysiadł, czując w kościach setki przejechanych kilometrów. Wyciągnął dłoń, ale Tomek zamiast tradycyjnego uścisku, tylko krótko skinął głową i wskazał na drzwi pasażera.

— Wsiadaj. Nie tutaj — rzucił Tomek konspiracyjnym szeptem, który zupełnie nie pasował do munduru leśnika. 

— Nawet „cześć” nie usłyszę? — Paweł uniósł brew, próbując wymusić na twarzy swój zwyczajowy, sarkastyczny grymas. — Przejechałem pół kraju, żeby zobaczyć twoją niewyjściową gębę, a ty mnie pakujesz do auta jak świadka koronnego.

 Tomek nie podjął gry. Wprowadził auto na wysokie obroty i ruszył w stronę dawnych poligonów.

— Widziałeś te hałdy pod lasem, jak wjeżdżałeś? — zapytał Tomek, nerwowo bębniąc palcami o kierownicę. 

— Wapno. Myślałem, że macie tu jakiś problem z kwasowością gleby, o którym nie pisali w podręcznikach siedliskoznawstwa — odparł Paweł, przyglądając się mijanym sosnowym monokulturom. 

— Miejscowi myślą, że to zaraza. Że coś wybiło zwierzynę i zaraz wejdzie do chlewów. Ale to nie jest pestis. To nie jest żadna choroba, którą zna nauka.

 Tomek gwałtownie zahamował na granicy oddziału 241, znanego tu jako Sektor Czwarty. Powietrze w tym miejscu wydawało się gęstsze, przesycone zapachem butwiejącego drewna i czymś metalicznym, co drażniło nozdrza Pawła.

  Tomek wyciągnął z kieszeni tablet z podglądem systemu telemetrycznego. Ekran rozświetlił się, pokazując mapę terenu. Trzy pulsujące czerwone kropki, rysie, które osobiście wypuszczał dwa lata temu, znajdowały się dokładnie pod nimi.

— Według odczytu, „Borys” i „Luna” są osiem metrów pod ziemią — zmarszczył brwi.

— Tomek, to niemożliwe. Nawet jeśli weszły do starego bunkra, sygnał GPS nie przebiłby się przez tyle metrów żelbetu. Satelity ich widzą, jakby stały na otwartej przestrzeni. 

— Właśnie o tym mówiłem — Tomek wskazał na ziemię pod ich stopami. — One nie są w bunkrze. One są wkomponowane w strukturę. Chodź, pokażę ci to truchło jelenia. Tylko przygotuj żołądek. To nie jest robota wilków.

 Poprowadził go przez gęstą ścianę młodych sosen, w stronę płytkiego, zarośniętego mchem okopu, który musiał pamiętać jeszcze czasy Układu Warszawskiego.

 Paweł odruchowo sięgnął do kieszeni kamizelki po lateksowe rękawiczki. Zszedł po pochyłości, z każdym krokiem czując, jak butwiejące igliwie ustępuje pod ciężarem jego butów. Powietrze na dnie zagłębienia było lodowate i nieruchome.

 Na środku leżał potężny jeleń byk. Paweł kucnął przy nim, marszcząc czoło. Zwierzę wyglądało, jakby po prostu położyło się do snu, gdyby nie nienaturalnie wykręcony kark.

– Żaden wilk, ryś ani niedźwiedź nie zostawia ofiary w takim stanie – mruknął Paweł, przesuwając dłonią nad sierścią. – Drapieżnik zaczyna od miękkich części. Brzuch, pachwiny, a tutaj wszystko jest nietknięte. Gdzie ta kość, o której pisałeś?

 Tomek stanął na krawędzi okopu, ostentacyjnie odwracając wzrok od truchła. Nerwowo skanował wzrokiem linię drzew.

– Kark. Odgarnij sierść zaraz za potylicą.

 Paweł delikatnie rozchylił palcami sztywne włosie. Pomiędzy łopatkami a czaszką była podłużna, czarna wyrwa. Nie była to jednak rana szarpana. Brzegi skóry nie były poszarpane zębami ani pazurami, wyglądały na stopione, przypalone na hebanowy kolor. Paweł ostrożnie wsunął palce w otwór.

– Drugi kręg szyjny. Obrotnik – powiedział głucho Tomek, wciąż nie patrząc w dół. – Wyjęty w całości. Tkanka wokół kręgosłupa nie jest przecięta. Jest… rozpuszczona. Jakby ktoś użył precyzyjnego palnika i żrącej chemii, żeby wyciągnąć jedną, konkretną kość wielkości pięści, nie upuszczając przy tym ani kropli krwi.

 Paweł cofnął dłoń, jakby nagle poparzył go ogień. Na jego rękawiczce nie było czerwieni. Zamiast tego pokrywał ją gęsty, szarawy śluz, pachnący ozonem i starą rdzą. Mózg leśnika pracował na najwyższych obrotach, próbując dopasować ten obraz do czegokolwiek, czego uczyli go na krakowskim wydziale, ale każda teoria rozsypywała się w pył.

– I co o tym myślisz? – nie wytrzymał Tomek. – Widziałeś kiedyś coś podobnego?

– Nie – wzruszył ramionami Paweł, patrząc dalej na truchło jelenia. – Nawet nie wiem z czym to porównać… Mówiłeś o tym komuś?

– Nie. Tak jak ci pisałem, nikomu tutaj nie ufam.

– A właśnie! Dlaczego? Przecież żyjesz i pracujesz tutaj od lat. 

– Właśnie dlatego.

– Co??

 Tomek pokręcił głową.

– Porozmawiamy wieczorem. Chodźmy już stąd…

– Co się stało? 

 Tomek nie patrzył już na truchło. Jego wzrok nerwowo omiatał przeciwległy brzeg okopu, tam, gdzie sypki piasek łączył się z gęstą ścianą sosnowego młodnika. Paweł podążył za jego spojrzeniem, ale nie dostrzegł niczego poza plątaniną szarych od zmierzchu gałęzi.

 Dopiero po ułamku sekundy do jego bieszczadzkiego, wyczulonego na detale mózgu dotarło to, co Tomek zarejestrował instynktownie chwilę wcześniej.

 Las całkowicie zamilkł.

 Nie było słychać szumu wiatru w wysokich koronach. Ucichło irytujące brzęczenie wczesnowiosennych owadów. Nawet chrzęst suchego igliwia pod ich butami wydawał się nienaturalnie stłumiony, jakby ktoś zamknął ich w dźwiękoszczelnym słoiku. Powietrze stało się gęste, ciężkie, jak na ułamek sekundy przed gwałtownym wyładowaniem atmosferycznym. Do ich nozdrzy dotarł ostry, chemiczny zapach rozkopanego wapna, wymieszany z wonią starej, wilgotnej rdzy.

– Nie rób gwałtownych ruchów. Po prostu idź za mną do wozu – wycedził Tomek przez zaciśnięte zęby. Przestał mówić konspiracyjnym szeptem, a jego głos brzmiał teraz niebezpiecznie sucho.

 Powoli zaczął wycofywać się tyłem w górę zbocza, nie odrywając wzroku od ściany lasu. Paweł ze zdumieniem zauważył, że dłoń jego dawnego przyjaciela zaciska się na rękojeści ciężkiego, myśliwskiego noża z taką siłą, że aż zbielały mu knykcie.

– Słońce zaraz zejdzie poniżej linii drzew, Paweł. Jeśli zrobi się tu ciemno, ten twój gaz pieprzowy z Bieszczad przyda ci się co najwyżej do przyprawienia kanapek. Wracamy. Teraz.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *