Czwarty Sektor. Cz. 2
Służbowa Dacia Duster połykała kolejne kilometry, zostawiając górzyste krajobrazy południa daleko w lusterku wstecznym. Bieszczady dawno ustąpiły miejsca płaskim, monotonnym nizinom, które na horyzoncie zlewały się ze stalowym, zachmurzonym niebem.
Paweł bębnił palcami w kierownicę w rytm cicho grającego radia. Analizował maila od Tomka po raz setny, odkąd wyjechał z Baligrodu. „Brakuje mu jednej, specyficznej kości” – przypomniał sobie z cichym prychnięciem.
– Jasne, Tomek. A obok jelenia leżał zwój pergaminu i zaproszenie do Hogwartu – mruknął pod nosem.
Znał dawnego kumpla ze studiów i wiedział, że ten rzadko żartuje, ale umysł Pawła naturalnie bronił się przed absurdem tej sytuacji za pomocą sarkazmu. Może pomorskie powietrze uderzyło Tomkowi do głowy? A może miejscowi poczęstowali go jakimś wybitnie mocnym bimbrem, pędzonym w starym radzieckim kanistrze, i stąd te wizje rysiów kopiących podziemne tunele? Mimo tych żartów, gdzieś na dnie żołądka czuł zimny, nieprzyjemny ciężar. Nie potrafił tego zignorować.
Zjechał na prawy pas, wyprzedzany przez ciągnik siodłowy, i zaczął w myślach robić remanent bagażnika. Czy zabrał wszystko? Odbiornik telemetryczny z dodatkową anteną leżał bezpiecznie w futerale. Dron z kamerą termowizyjną jest. Latarki dużej mocy, zapasowe baterie i mocny gaz pieprzowy, którego normalnie używał na wyjątkowo uparte bieszczadzkie niedźwiedzie. Oby te nizinne koty nie okazały się aż tak wymagające.
Na wspomnienie rysiów uśmiechnął się, przypominając sobie pożegnanie z Robertem na parkingu nadleśnictwa. Kiedy rzucił kumplom, że szef wysyła go nagle na północ, by pomógł przy reintrodukcji, Robert klepnął go w ramię z szerokim uśmiechem.
– Tylko im tam nie zepsuj tych kotów, Paweł – zaśmiał się, opierając się o maskę Dacii. – Te ich nizinne rysie to pewnie mięczaki, co się boją własnego cienia i jedzą z ręki. Nasze to potrafią odgryźć zderzak od quada. Pokaż im, jak się tropi prawdziwe, karpackie bestie!
Paweł uśmiechnął się do tego wspomnienia, ale po chwili uśmiech zgasł, gdy z głośników samochodowego radia popłynęły pierwsze akordy starej, rockowej ballady. Zmienił stację, ale było już za późno. Zapadnia w pamięci otworzyła się, wpuszczając do środka wspomnienie Klary.
Klara. Dziewczyna z Krakowa, o wielkich, ciemnych oczach i śmiechu, który potrafił rozjaśnić najgorszą bieszczadzką szarugę. Byli razem prawie trzy lata. Paweł z rozrzewnieniem przypomniał sobie, jak oprowadzał ją po najdzikszych ścieżkach, pokazując świat, którego nie znała. Planowali wspólną przyszłość z takim entuzjazmem, z jakim planuje się wakacje życia. Mieli wynająć większe mieszkanie blisko lasu, regularnie wyjeżdżać, budować własny, bezpieczny azyl z dala od zgiełku.
Przed oczami stanął mu tak wyraźny obraz, że aż mocniej ścisnął kierownicę: siedzą przy ognisku, iskry strzelają w granatowe niebo, a on gra na starej gitarze akustycznej. Klara wpatrywała się w niego z tamtym specyficznym, ciepłym blaskiem w oczach, jakby poza ich dwójką i tym lasem nie istniał żaden inny świat.
A potem, zupełnie nagle, ten świat brutalnie upomniał się o swoje. Bieszczadzki klimat, błoto, ciągła nieobecność Pawła i izolacja od miasta ostatecznie przeważyły. Pewnego dnia, bez większych awantur czy dramatycznych krzyków, po prostu spakowała swoje walizki. Powiedziała mu tylko, że kocha Bieszczady, ale jako miejsce na weekend, a nie na resztę życia. Wróciła do Krakowa, do kawiarni, smogu i przewidywalności, zostawiając Pawła z gitarą, na której od tamtej pory nie zagrał ani jednego akordu.
Odetchnął głęboko, odganiając wspomnienia jak natrętną muchę. Zbliżał się do zjazdu, a krajobraz za szybą stawał się coraz bardziej surowy. Gęste, mroczne sosnowe bory zaczynały zastępować pola. Tablica drogowa bezlitośnie obwieściła, że do Bornego Sulinowa zostało mu mniej niż pięćdziesiąt kilometrów. Czas było zostawić przeszłość za sobą i skupić się na tym, co czekało na niego w Sektorze Czwartym.