Czwarty Sektor. Cz.5

  Paweł rzucił się w stronę na wpół otwartego plecaka. Nerwowo odrzucił na bok zapasowy polar i kable od sprzętu, aż wreszcie jego palce zacisnęły się na zimnej rękojeści ciężkiego, bieszczadzkiego noża myśliwskiego. Wyciągnął ostrze z pochwy i odwrócił się w stronę przyjaciela.

 Tomek wyglądał, jakby zaraz miał zemdleć. Wcisnął się w głąb fotela, oddychając płytko i szybko, a jego wzrok nerwowo skakał między drzwiami a tabletem. 

– Nie… Paweł, nie otwieraj tego – wydukał, kręcąc głową. – Zgaśmy światło. Może to sobie pójdzie.

– Jeśli to „coś” potrafi namierzyć sygnał GPS przez betonowe ściany, to zgaszenie światła nic nam nie da! Nie możemy udawać, że nikogo nie ma w domu!– syknął Paweł, czując, jak adrenalina uderza mu do głowy, tłumiąc strach. – Musimy wiedzieć, co tam jest. Bierz tablet i wstawaj! Idziesz za mną.

 Tomek zawahał się, ale ton Pawła był tonem leśniczego, który na co dzień wydaje rozkazy w terenie. Posłusznie chwycił urządzenie drżącymi dłońmi i stanął za plecami przyjaciela.

 Ruszyli w stronę drzwi. Każdy krok wydawał się trwać wieczność. Paweł podniósł nóż na wysokość piersi, a drugą dłoń położył na chłodnej klamce. Zbliżył oko do wizjera. Ciemność. Światło na klatce schodowej z czujnikiem ruchu z jakiegoś powodu się nie zapaliło.

– Jest tam? – szepnął Paweł.

 – Tuż za drzwiami. Z odległości zeszło na zero – głos Tomka drżał tak bardzo, że brzmiał jak wibracja pękniętej struny.

 Paweł wziął głęboki oddech, nacisnął klamkę i gwałtownie pociągnął drzwi do siebie, unosząc nóż do ciosu.

 Klatka schodowa była absolutnie pusta. Brak jakiegokolwiek ruchu, braku dźwięku kroków. Nawet pomarańczowe światło na półpiętrze ożyło z opóźnieniem, oświetlając jedynie puste, odrapane stopnie.

– Ucieka! – krzyknął nagle Tomek, wpatrując się w ekran. – Przyspiesza… schodzi w dół!

 Paweł nie zastanawiał się ani sekundy. Minął Tomka i rzucił się pędem w dół po schodach, przeskakując po trzy stopnie naraz. Dopadł do ciężkich drzwi wejściowych bloku i wybiegł prosto w gęsty, zacinający deszcz. Nóż w jego dłoni lśnił w świetle ulicznej latarni.

 Szybko rozejrzał się na boki. Pusta ulica, rzędy zaparkowanych samochodów, ściana deszczu i ani żywej duszy. Przebiegnięcie tego dystansu w tak krótkim czasie przez człowieka było fizycznie niemożliwe, a przecież na asfalcie nie było nawet śladu poruszającej się sylwetki. To było nielogiczne. Dziwne. Jakby to „coś” po prostu rozpłynęło się w powietrzu.

 Stał tak przez chwilę, pozwalając, by lodowata woda chłodziła jego rozgrzany kark, po czym z ciężkim sercem schował nóż i powoli wrócił do budynku. Przeszło mu przez myśl, że jeśli ktoś go właśnie podgląda z okna, to musiał wzbudzić duże poruszenie. Przemoczony do suchej nitki gość z myśliwskim nożem na spokojnym osiedlu. 

 Tomek nie czekał w mieszkaniu. Siedział na schodach na klatce, zaledwie krok od otwartych drzwi. Tablet leżał porzucony na wycieraczce. Gospodarz obejmował kolana ramionami, a jego wzrok był całkowicie nieprzytomny i pusty. Kiedy Paweł podszedł bliżej, z ubrań kapiąc wodą na linoleum, Tomek powoli podniósł głowę.

– I co… – szepnął, uśmiechając się blado, niemal w upiorny sposób. – Wierzysz mi już, Paweł?

 Zanim Paweł zdążył otworzyć usta, żeby cokolwiek odpowiedzieć, niebo nad Bornem Sulinowem rozdarł potężny grzmot. Tyle że Paweł, człowiek lasu, który przeżył setki górskich burz, natychmiast wyczuł różnicę. Dźwięk uderzenia pioruna wibrował zbyt długo. Wibrował w oknach, w poręczach schodów i w kościach. A w samym jego środku, ukryty za trzaskiem wyładowania, rozległ się potężny, gardłowy ryk, z którego wylewała się nienaturalna wściekłość.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *