Czwarty Sektor. Cz. 16

Szum opon o mokry asfalt działał usypiająco. Wycieraczki miarowo zbierały mżawkę z przedniej szyby pick-upa. Bieszczady dawno zostały w tyle. Przed nimi rozciągała się długa, szara trasa prowadząca prosto na północ, z powrotem do Bornego Sulinowa.

 Na desce rozdzielczej, tuż pod nawiewem, leżał wydruk zdjęcia od Maćka. Paweł wpatrywał się w niego przez całą drogę. Czerń, biel, cyfrowy szum i ta jedna, nieruchoma sylwetka w masce, oparta o sosnę.

– Jak? – odezwał się w końcu Robert, nie odrywając wzroku od drogi.

Paweł odwrócił głowę.

– Jak co?

– Jak on tam żyje? – Robert zabębnił palcami po skórzanej kierownicy. – Znamy las, Paweł. Znamy zimę. Wiemy, ile kosztuje przetrwanie. Potrzebujesz ognia. Wody. Żarcia.

 Wymijali rzędy ciężarówek.

– Sektor Czwarty to tysiące hektarów zamkniętego terenu – powiedział powoli Paweł. – I dziesiątki, jak nie setki, ukrytych obiektów.

– Bunkry nie grzeją – uciął Robert. – Beton wciąga zimno. W styczniu masz tam minus dwadzieścia stopni. Jak rozpalisz ognisko, zrobisz dym. Dym to sygnał. Dla straży leśnej, dla dronów… i dla tego czegoś.

 Paweł spojrzał na potężną sylwetkę w ciężkim płaszczu na zdjęciu.

– Nie rozpala ognia – stwierdził.

Robert zerknął na niego.

– Więc zamarza.

– Chcesz wiedzieć, jak on tam przeżył? – Paweł spojrzał na przyjaciela. – Myślę, że on po prostu dostosował się do zasad tego lasu. Wie, jak unikać hybryd i jak kontrolować mutanta.

 W kabinie pick-upa zapadła na moment cisza. Robert przetrawiał to, co właśnie usłyszał.

– I nie boi się, że to gówno go zeżre? – zapytał w końcu Robert.

– Spójrz na niego – Paweł stuknął palcem w wydruk. – Żadnego ciężkiego pancerza, żadnej broni palnej. Tylko lekki pistolet sygnałowy na pasie. A my co wnieśliśmy do tego lasu? Paranoję.

Robert spojrzał na Pawła, a jego oczy nagle się zwęziły, gdy przypomniał sobie ich rozmowę nad Wisłą.

– Klatka schodowa – powiedział powoli. – Śluz pod drzwiami.

– Dokładnie. Profesor w Krakowie potwierdził, że ten czarny śluz to produkt skrajnej agresji, potężnego wyrzutu noradrenaliny – potwierdził Paweł, czując znajomy chłód na karku. – Ta istota to humanoidalny mutant, ofiara radzieckich eksperymentów. Nie poci się śluzem, kiedy po prostu chodzi po gęstwinie. Zaczyna wydzielać tę maź tylko wtedy, gdy przechodzi w tryb bojowy i szykuje się do morderstwa. Stała pod drzwiami Tomka, bo nas wywęszyła. Była sekundy od uderzenia.

 Robert spojrzał na deskę rozdzielczą swojego nowoczesnego pick-upa, a potem z powrotem na drogę.

– A ten grzmot, który słyszałeś na ulicy?

– To był Strażnik – odparł twardo Paweł. – Wywabił potwora. Radzieccy naukowcy zakodowali w mózgu tego mutanta głęboką, potworną traumę… paniczny strach przed dźwiękiem zamykanych, ciężkich wrót schronu atomowego. Strażnik nosi przy sobie specjalne naboje akustyczno-resonansowe. Odpalił jeden pod blokiem. Ten potężny ryk w ułamku sekundy złamał szał bestii, zablokował wydzielanie śluzu i zmusił ją do ucieczki z powrotem do nory. On po prostu nosi przy sobie klucz do jej strachu.

***

Weszli na klatkę schodową. Paweł mimowolnie zwolnił na półpiętrze, omijając wzrokiem oczyszczoną już framugę.

 Stanęli przed drzwiami. Zanim zdążyli zapukać, usłyszeli nerwowe, głośne kroki i szelest przerzucanych papierów. Tomek wciąż był w stanie czystej paranoi.

 Paweł uderzył w drzwi. Dwa razy, mocno. Zamki zgrzytnęły natychmiast i w szparze pojawiła się twarz gospodarza. Był blady, podkrążone oczy biegały chaotycznie. Zobaczył Pawła i Roberta, zwolnił łańcuch i wpuścił ich do środka.

 Mieszkanie pachniało zwietrzałą kawą i strachem. Na stole w salonie leżał otwarty laptop, obok poniewierały się wydruki starych map leśnych i raportów. Tomek z uporem maniaka próbował znaleźć w dokumentach cokolwiek, co dałoby mu logiczne odpowiedzi.

 Paweł nie przywitał się. Minął Tomka, podszedł szybkim krokiem do stołu i zdecydowanym ruchem zatrzasnął klapę laptopa. Zgarnął rozrzucone notatki na jedną stertę.

– Co ty robisz?! – oburzył się Tomek, podchodząc bliżej. – Paweł, próbuję zestawić stare meldunki z rejonu Sektora Czwartego, muszę wiedzieć…

– Koniec z tym, Tomek – uciął Paweł, odwracając się do niego. Głos miał zimny i twardy. – Usiądź, zamknij się i posłuchaj nas uważnie.

 Tomek zatrzymał się, patrząc na niego jak na wariata. Przeniósł wzrok na Roberta, który bez słowa zablokował drzwi wejściowe, przekręcił zamek i oparł się o ścianę, krzyżując potężne ramiona na klatce piersiowej.

– Paweł, o czym ty mówisz? – szepnął Tomek.

– To nie jest żadne zjawisko fizyczne, Tomek. I to nie jest zwierzę. Rozmawialiśmy z profesorem z Krakowa, który zbadał próbkę. To, co czai się w Sektorze Czwartym, to człowiek. A raczej potworny grzech i błąd radzieckich eksperymentów.

 Paweł wskazał ręką w stronę przedpokoju.

– Zastanawiałeś się, dlaczego zostawił ten czarny śluz na twojej framudze? Profesor odkrył, że ta maź to wydzielina lityczna. Jego ciało poci się tym śluzem tylko wtedy, gdy wpada w absolutną, morderczą furię. Kiedy szykuje się do ataku. Rozumiesz to? On nie przyszedł na zwiad. Stał za twoimi drzwiami, pocił się na czarno i sekundy dzieliły go od wyważenia wejścia i rozszarpania nas wszystkich na kawałki. Wywęszył nas.

 Tomek opadł ciężko na krzesło, chowając twarz w dłoniach. W jednej chwili zrozumiał, jak blisko makabrycznej śmierci był przez ostatnie kilkadziesiąt godzin.

 Robert odkleił się od ściany i podszedł do stołu.

– Ale ktoś go powstrzymał – odezwał się bieszczadzki leśnik, a jego głęboki głos wypełnił salon. – Dlatego koniec z paniką. Przynieś mapę topograficzną Sektora Czwartego. Ale papierową.

 Tomek drżącymi rękami rozwinął na stole dużą, pożółkłą mapę topograficzną Nadleśnictwa Borne Sulinowo. Przykryła zamkniętego laptopa i chaos notatek. Oparł dłonie na jej krawędziach i spojrzał na nich zmęczonym, opuchniętym wzrokiem.

– Czego my tu w ogóle szukamy? – zapytał cicho.

 Paweł nie odpowiedział od razu. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki, wyciągnął złożony na pół wydruk od Maćka i rzucił go na sam środek mapy, prosto na zieloną plamę oznaczającą Sektor Czwarty.

 Tomek pochylił się. Mrużąc oczy w słabym świetle, wpatrywał się w ziarnistą, czarno-białą sylwetkę mężczyzny w ciężkim płaszczu i spawalniczej masce.

– Co to jest? – rzucił.

– Strażnik – odparł spokojnie Paweł. – Człowiek, który kontroluje ten koszmar.

 Tomek zamrugał, a potem wyprostował się gwałtownie, kręcąc głową.

– Nie. Nie, nie, nie. Wy chyba oszaleliście. – Przeniósł wzrok z Pawła na Roberta. – Chcecie mi wmówić, że ktoś tam mieszka? Z tym czymś? Paweł, to są tysiące hektarów martwego lasu. Nie ma prądu, nie ma jedzenia, zimą temperatura spada do minus dwudziestu kilku stopni. Nikt normalny by tam nie przeżył tygodnia!

– Zgadza się – odezwał się Robert zza jego pleców. – Nikt normalny.

– Przecież to wygląda jak jakiś przebieraniec! – Tomek uderzył palcem w zdjęcie, podnosząc głos. – To pewnie stalker, jakiś dzieciak od urbexu, który tam wlazł poszukać starych łusek.

– Dzieciak od urbexu? – Paweł oparł dłonie o stół, nachylając się w stronę Tomka. – Ten człowiek stał parę metrów od potwora. Wiedział, jak się ubrać, żeby ocalić skórę przed śluzem. Wiedział, jak się zabezpieczyć, a przede wszystkim wiedział, jak nad nim zapanować.

– Ale przecież my byśmy o nim wiedzieli! – Tomek nie ustępował. W jego głosie słychać było desperację kogoś, komu właśnie burzy się cały logiczny obraz świata. – Przeczesujemy te lasy od lat. Znamy każdy cholerny bunkier. Zauważylibyśmy dym z ogniska. Śmieci. Ślady. Cokolwiek! Nie da się żyć w lesie jak pieprzony duch!

– Rozpalisz ognisko, to dym i ciepło przyciągną mutanta – uciął krótko Paweł. – Zostawisz ślady, to my je znajdziemy. On żyje tam, bo zrozumiał zasady gry. Wie, że ta bestia boi się konkretnych dźwięków. Używa lekkich, aluminiowych nabojów akustycznych, które imitują ryk hydraulicznych wrót laboratorium i paraliżują mutanta wspomnieniem dawnej traumy. Odpiera go strachem. Zna ten las lepiej niż my wszyscy razem wzięci. I musimy go znaleźć.

 Tomek zamilkł. Spojrzał na rozległą sieć poziomic, dróg leśnych i bagnisk narysowanych na papierze.

– To bez sensu – szepnął. – To jest pięćdziesiąt kilometrów kwadratowych. Północne obrzeża to same mokradła. Południe to gęsty młodnik i zawały. Kompasy wam tam zwariują, a telefony możecie wyrzucić do kosza. Szukacie igły w stogu siana.

– Nie będziemy szukać w całym lesie – powiedział Paweł. Wyciągnął z kieszeni ołówek. – Zrozum mechanizm. Ta bestia ma ludzką anatomię, potężny metabolizm, musi polować, jeść. A przecież zwierzyna ucieka z Sektora Czwartego. Dlaczego więc ten mutant nie wyszedł jeszcze na żer do miasteczka? Dlaczego trzyma się jednego, konkretnego obszaru?

 Tomek zmarszczył brwi.

– Bo się czegoś boi?

– Albo bo nie musi polować na własną rękę – odezwał się Robert, podchodząc do stołu. Wskazał na faceta w masce. – Bo ktoś mu to żarcie dostarcza. Ten pasterz ze zdjęcia.

 Tomek zamarł. W jego oczach nagle błysnęło zrozumienie, które szybko ustąpiło miejsca absolutnemu przerażeniu. Powoli, drżącą ręką, sięgnął po czerwony marker leżący obok mapy.

– Zwierzyna ucieka, ale trzyma się granic… – powiedział cicho Tomek, jakby mówił sam do siebie. Zdjął skuwkę z markera. – W zeszłym miesiącu mieliśmy trzy zgłoszenia od grzybiarzy. Znaleźli martwe sarny na obrzeżach. Ale kiedy wysłałem tam chłopaków z wozem, żeby posprzątali… niczego nie było. Nawet kości. Myśleliśmy, że to watahy dzikich psów.

 Tomek postawił trzy wyraźne, czerwone kropki na mapie. Połączył je ołówkiem. Stworzyły łuk. Wyraźną, regularną linię, która zamykała się w jeden, geometryczny środek w głębi Sektora Czwartego.

Oczy Pawła podążyły za czerwoną linią aż do samego centrum tego okręgu. Na mapie topograficznej nie było tam zaznaczonego żadnego budynku. Tylko mały, czarny kwadrat z technicznym symbolem.

– Co tam jest? – zapytał Robert, a jego głos był nienaturalnie cichy.

Tomek przełknął z trudem ślinę.

– Obiekt 3002 – przeczytał z mapy, a jego dłoń zacisnęła się na krawędzi stołu. – Stara, zalana stacja pomp. Nadleśnictwo uznało to za zasypane piętnaście lat temu. Ale pod spodem… pod spodem jest kilkaset metrów betonowych korytarzy zalanych wodą. Zatopili to. Zanim wylali dziesiątki ton betonu na wejścia, celowo zniszczyli grodzie, żeby uwięzić to coś na dole.

 Paweł powoli podniósł wydruk od Maćka. Kształtowały obraz o wiele gorszy, niż zakładał.

– Ludzkiej postaci nie grzebie się w betonie tak po prostu – powiedział Paweł, a z każdym słowem jego głos stawał się coraz bardziej chłodny. – Topi się coś, czego nie dali rady zabić zwykłymi kulami. Coś, co przestało być człowiekiem.

 Tomek wzdrygnął się, jakby uderzyło go zimne powietrze.

– Stworzyli to pod ziemią – kontynuował Paweł, wpatrując się w mapę. – Stworzyli potwora. A potem uciekli. Nikt tam nie schodził od wyjazdu Rosjan w dziewięćdziesiątym drugim.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *