Czwarty Sektor. Cz. 9

Paweł wyszedł przed budynek nadleśnictwa, zapinając kurtkę pod samą szyję. Deszcz wreszcie przeszedł w drobną, mroczną mżawkę. Oparł się o maskę swojej Dacii, wyciągnął telefon i odszukał w kontaktach numer Roberta.

 Sygnał łączenia wydawał się trwać w nieskończoność. Paweł zamknął oczy. Chciał mu o wszystkim powiedzieć. Słowa już układały mu się w głowie: „Robert, to nie są rysie. Mamy tu anomalię która zostawia po sobie śluzowate ślady. Znalazła nas pod drzwiami”.

– No proszę, kogo my tu mamy! – w słuchawce rozległ się jowialny, głośny głos Roberta, w tle słychać było szum bieszczadzkiego wiatru i szczekanie psów z leśniczówki. – Pan inżynier z dalekiej północy! I jak tam te ich nizinne, potulne koty? Dałeś im już po puszce tuńczyka?

 Paweł otworzył usta, wciągając zimne powietrze. Zderzenie tego normalnego, swojskiego głosu z koszmarem minionej nocy zadziałało jak kubeł lodowatej wody. Uświadomił sobie, jak kompletnie absurdalnie to wszystko zabrzmi. Jeśli powie prawdę, Robert uzna, że Paweł przeszedł załamanie nerwowe albo że Tomek poczęstował go jakimiś psychotropami. Jako człowiek nauki, Paweł potrzebował twardych dowodów: wyników z laboratorium i analizy zdjęć Łucji, zanim rzuci oskarżeniem, że w lasach państwowych grasuje zmutowana broń z czasów zimnej wojny.

– Koty jak koty, mają się dobrze – skłamał gładko, choć głos mu lekko zachrypł. – Słuchaj, dzwonię z innej beczki. Tomek nawijał mi tu dzisiaj o miejscowych legendach. Kojarzysz temat zdziczałych psów po radzieckiej armii?

 Robert po drugiej stronie parsknął śmiechem, ale po chwili spoważniał. Paweł usłyszał trzaśnięcie drzwiami samochodu. Jego przyjaciel najwyraźniej wsiadł do wozu, żeby uciec przed wiatrem.

– Legenda? Paweł, jaka znowu legenda. Przecież to udokumentowana historia. Ruskie jak wyjeżdżali, to robili to w takim burdelu, że zostawiali nie tylko sprzęt, ale i inwentarz żywy. Kaukazy, owczarki wschodnioeuropejskie, moskiewskie stróżujące. Najgorsze skurwysyny, szkolone do pilnowania rakiet i magazynów z bronią.

– Tomek twierdzi, że one tu zmutowały, skrzyżowały się z wilkami i stworzyły jakieś super-watahy – podciągnął temat Paweł, wpatrując się w ciemną linię lasu na horyzoncie.

– Bo skrzyżowały – potwierdził rzeczowo Robert. – To się działo wszędzie tam, gdzie stacjonowała Północna Grupa Wojsk. Borne to jedno, ale miałeś to samo w Kłominie, w Świętoszowie czy w okolicach Legnicy. W Kłominie to w latach dziewięćdziesiątych te watahy potrafiły w biały dzień wejść do opuszczonych bloków i polować na szabrowników. To są hybrydy. Mają inteligencję i strukturę stada od wilka, ale są pozbawione jednej kluczowej rzeczy: atawistycznego strachu przed człowiekiem. Zwykły wilk, jak wyczuje zapach twojego potu czy prochu, to spierdala, aż się kurzy. Te psy? One pamiętają, że człowiek to pan, ale i źródło żarcia. A jak są głodne, to człowiek staje się tylko żarciem.

 Paweł przetarł twarz dłonią.

– Mogą być aż tak niebezpieczne?

– Są na samym szczycie łańcucha pokarmowego – odparł z naciskiem Robert. – Jeśli wejdziesz na ich teren, nie odpuszczą. Mają masę kaukaza i spryt wilka. A dlaczego w ogóle o to pytasz? Widzieliście jakieś świeże tropy? Wypuszczałeś rysie na ich terytorium?

– Nie o to chodzi – Paweł ściszył głos, mimowolnie odwracając się przez ramię, by sprawdzić, czy nikt z nadleśnictwa nie wyszedł na zewnątrz. – Chodzi o to, że według Tomka te super-watahy wyniosły się na obrzeża. Zupełnie unikają jednego konkretnego sektora w centrum poligonu. Nie wejdą tam, nawet jak gonią zwierzynę.

 W słuchawce zapadła cisza. Paweł słyszał tylko miarowy oddech przyjaciela. Kiedy Robert w końcu się odezwał, w jego głosie nie było już śladu wcześniejszego rozbawienia.

– Paweł… – zaczął powoli, niemal z nutą ostrzeżenia. – Zwierzęta nie mają pojęcia o strefach zakazanych, minach czy promieniowaniu. Kierują się tylko jednym instynktem. Przetrwaniem. Jeśli hybryda ważąca dwadzieścia kilo, która nie boi się naładowanej strzelby, omija jakiś kawałek lasu szerokim łukiem… to znaczy, że znalazła tam zapach czegoś, przy czym ona sama staje się tylko zwierzyną łowną.

 Z plecami opartymi o zimną karoserię samochodu, Paweł poczuł, jak po jego karku spływa lodowata kropla potu.

– Uważaj tam na siebie – dodał cicho Robert. – Niezależnie od tego, czego te psy się boją, ty też powinieneś trzymać się od tego z daleka. Kiedy wracasz?

– Jutro po południu – odpowiedział Paweł, wpatrując się w fiolkę z czarnym śluzem, którą odruchowo wyciągnął z kieszeni. – Mam ci coś do pokazania. Zbieraj ekipę w Bieszczadach, będziemy potrzebowali niezłego mózgu do analizy.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *