Czwarty Sektor. Cz. 4
Mieszkanie Tomka tonęło w półmroku. Jedynym źródłem światła była stara lampa z abażurem i niebieskawa poświata bijąca od ekranu laptopa, na którym wciąż ładowały się zaszyfrowane logi z Sektora Czwartego.
Paweł siedział na kanapie, obracając w dłoniach szklankę z zimną już herbatą. Obserwował dawnego kumpla ze studiów i czuł, jak niepokój zaczyna udzielać się również jemu. Tomek od dwudziestu minut zachowywał się jak zwierzę zamknięte w klatce. Przemierzał trasę między biurkiem a oknem, co chwilę nerwowo wybudzając ekran telefonu. Za każdym razem, gdy podchodził do parapetu, ostrożnie odchylał brzeg rolety dwoma palcami i wpatrywał się w skąpane w deszczu i mroku ulice Bornego Sulinowa, jakby upewniał się, że nikt tam nie stoi.
– Zaraz wydeptasz dziurę w tych panelach – odezwał się w końcu Paweł, starając się, by zabrzmiało to jak dawny, studencki żart. – Czego ty tam szukasz, Tomek? Od powrotu z lasu zachowujesz się, jakbyśmy uciekali przed kartelem, a nie przed burzą. Powiesz mi wreszcie, o co tu chodzi? I dlaczego, do cholery, nie ufasz ludziom z własnego nadleśnictwa?
Tomek zatrzymał się w połowie kroku. Opuścił roletę i powoli odwrócił się do Pawła. Jego twarz w półmroku wydawała się o dekadę starsza. Ciężko opadł na fotel naprzeciwko i przetarł dłońmi zmęczone oczy.
– Bo ty nie znasz tego miejsca, Paweł – zaczął cicho, niemal szeptem. – Dla ciebie las to drzewa, zwierzyna i turyści. Ale Borne Sulinowo… Borne to anomalia. Przez pół wieku tego miasta w ogóle nie było na mapach. To była radziecka enklawa, odcięta od świata drutem kolczastym i strażnikami z bronią maszynową. Kiedy Ruskie wycofywali się w dziewięćdziesiątym drugim, ładowali wagony po osłoną nocy. Zabrali sprzęt, zatarli dokumenty, ale nie zabrali wszystkiego.
Paweł zmarszczył brwi, odstawiając szklankę na stolik.
– Mówisz o tych zdziczałych psach? Słyszałem o tym. Podobno zostawili swoje wojskowe owczarki i wilczaki, które zdziczały i do dziś krzyżują się z lokalnymi psami. Biologia, Tomek. Nic, z czym byśmy sobie nie poradzili.
– Biologia? – Tomek parsknął gorzkim, pozbawionym wesołości śmiechem. – Starsi leśnicy, ci, którzy pracują tu od początku lat dziewięćdziesiątych, o psach mówią tylko turystom. Żeby ich nastraszyć i trzymać z dala od głębokiego lasu. Prawdziwe opowieści krążą tylko między swoimi, po kilku głębszych, kiedy nikt obcy nie słucha. Rosjanie zostawili tu podziemne kompleksy, o których polskie wojsko do dziś nie ma pojęcia. Zabetonowali całe poziomy. Plotki mówią o skarbach, o archiwach, o sprzęcie z tajnych laboratoriów, którego nie zdążyli wywieźć.
Tomek nachylił się do przodu, splatając dłonie tak mocno, że aż zbielały mu kostki.
– Ludzie od lat próbują to znaleźć. Poszukiwacze militariów, urbexowcy, zwykli wariaci. Ośmiu na dziesięciu wraca z pustymi rękami. Dziewiąty przynosi starą menażkę albo łuskę. Ale ten dziesiąty… – przełknął z trudem ślinę. – Pięć lat temu był tu taki jeden. Miejscowy pasjonat, znał te lasy lepiej niż niejeden inżynier nadzoru. Twierdził, że znalazł niezasypany szyb wentylacyjny prowadzący do zalanej sekcji Sektora Czwartego. Zabrał sprzęt speleologiczny i poszedł tam w nocy.
– I co? Zgubił się w tunelach? – zapytał z nutą złośliwości Paweł, czując jednak ten zimny dreszcz na karku.
– Nie. Policja i nasi strażnicy leśni szukali go przez dwa tygodnie – odpowiedział Tomek, wbijając wzrok w podłogę. – Znaleźli tylko jego plecak, rzucony na mchu kilometr od bunkrów. I latarkę czołową.
– Ludzie giną w lasach, Tomek. Wpadł do szybu, utonął, a dziki rozwlokły…
– Paweł, kurwa, nie rozumiesz! – Tomek nagle podniósł głos. – Ta latarka czołowa nie leżała na ziemi. Była wciśnięta jak zabawka z plasteliny w pień sosny na wysokości trzech metrów. A policja zamknęła sprawę jako „zaginięcie bez udziału osób trzecich”. Nasi leśnicy to zatuszowali. Dlatego nikomu tam nie ufam. Ktoś wie, co tam jest, i pilnuje, żeby to nie wyszło na jaw.
Zapadła ciężka, absolutna cisza, przerywana tylko uderzeniami deszczu o szybę. Paweł otwierał usta, żeby odpowiedzieć, żeby użyć swojego racjonalnego, bieszczadzkiego rozsądku do zburzenia tej paranoi, ale słowa uwięzły mu w gardle.
Na stoliku między nimi nagle zawibrował tablet Tomka. Ekran rozświetlił się jasnym, trupim blaskiem, wybudzając aplikację telemetryczną. Paweł spojrzał na wyświetlacz i poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła.
Błękitna kropka. Obiekt oznaczony jako „ID: 000-UNKNOWN”, który wcześniej zniknął w Sektorze Czwartym, teraz znowu nadawał sygnał. Ale już nie z lasu. Punkt na mapie pulsował dokładnie w miejscu ich osiedla. Według odczytu głębokości i lokalizacji GPS, obiekt znajdował się nieruchomo na klatce schodowej. Dokładnie po drugiej stronie drzwi do mieszkania Tomka.