Czwarty Sektor. Cz.17

Świt nad Bornem Sulinowem nie przyniósł słońca, jedynie zmianę odcienia szarości. Gęsta, ciężka mgła snuła się między sosnami niczym brudna wata, połykając dźwięki i kontury.

 Zatrzymali pick-upa na starej, dziurawej drodze z betonowych płyt, kilka kilometrów przed oficjalną granicą Sektora Czwartego. Dalej nie mogli jechać. Nawet z wyłączonymi telefonami, elektronika wozu mogła okazać się zbyt dużym ryzykiem, gdyby zbliżyli się do serca terytorium mutanta.

 Wyszli na zewnątrz w absolutnym milczeniu.

 Byli ubrani w grube, gumowe kombinezony i wulkanizowane osłony, które Robert w nocy wyciął ze starych opon znalezionych w piwnicy Tomka – jedyną barierę, która mogła ich uchronić przed żrącym kwasem. W plecakach nieśli maski przeciwgazowe, worki z wapnem rolniczym i liny. Paweł czuł się nie jak leśnik, a jak likwidator wchodzący do strefy skażenia biologicznego.

 Zrobili pierwszy krok w las. Ziemia pod ich butami nie była miękka i sprężysta jak w Bieszczadach. Była zbita, poprzerastana rdzą ukrytych pod mchem drutów i starymi, rozpadającymi się fundamentami. Paweł szedł pierwszy, metodycznie omiatając wzrokiem pnie drzew i ziemię przed sobą. Robert, trzymając w dłoniach ciężki pręt do badania gruntu, ubezpieczał tyły.

 Minęła pierwsza godzina wędrówki w stronę współrzędnych Obiektu 3002. Mieli za sobą ponad cztery kilometry przedzierania się przez młodnik, kiedy Paweł uniósł zaciśniętą pięść.

 Robert zatrzymał się natychmiast, zniżając sylwetkę. Paweł pokazał palcem na ziemię przed nimi.

 Kilkanaście metrów dalej, w miejscu, gdzie młode brzozy ustępowały miejsca starym, posępnym świerkom, ciągnęła się linia. Wyraźny, biały pas rozsypanego wapna gaszonego, odcinający się jaskrawo od ciemnej, wilgotnej ściółki.

 Podeszli bliżej, stąpając cicho. Zapora z wapna nie była idealnie prosta. Kręciła się, omijając grubsze pnie i pniaki, tworząc sztuczną, geometryczną granicę.

– To ta sama zapora, o której mówiła Łucja – szepnął Paweł, kucając przy białej linii. Nie dotknął proszku. Wiedział, że to silna zasada – idealna pułapka neutralizująca kwasowy śluz potwora.

 Robert stanął obok niego, lustrując wzrokiem drzewa po drugiej stronie linii.

– Uważaj, na co stąpasz. Nie wiesz, co jest pod spodem.

 Paweł powoli przeniósł wzrok z wapna na ziemię wokół zapory. Las wyglądał tu inaczej. Był… uprzątnięty. Nie było połamanych gałęzi, zeschłych liści, naturalnego chaosu, który zawsze panował w puszczy. Ktoś metodycznie oczyścił przedpole zapory, pozbawiając mutanta jakiejkolwiek osłony.

 Wtedy Paweł dostrzegł ślady. Nie należały do potwora. Były wyraźne, ludzkie.

 Wskazał je Robertowi. Podeszli ostrożnie, nie przekraczając linii wapna. W błocie, dosłownie metr za białą zaporą, odciśnięte były ślady butów o lekkim, traperskim bieżniku. Nie były jednak głębokie ani ciężkie. Wręcz przeciwnie – były płytkie i niezwykle precyzyjne, pozostawione przez kogoś, kto poruszał się z niesamowitą lekkością.

– Ten facet nie nosi ze sobą żadnego ciężkiego żelastwa – ocenił szeptem Paweł, przyglądając się śladom. – Żadnego pancerza, żadnych ciężkich butów.

 Robert zmarszczył brwi, przyklękając obok niego.

– Porusza się jak duch. Musi być niesamowicie mobilny, żeby móc błyskawicznie przemieszczać się za mutantem, kiedy ten próbuje opuścić Sektor Czwarty. Idzie lekko, żeby las go nie słyszał.

 Prześledzili wzrokiem kierunek, z którego przyszły ślady. Prowadziły od strony gęstego, mrocznego zagajnika, prosto w głąb mgły. Tam, gdzie według mapy topograficznej Tomka znajdowały się zalane korytarze Obiektu 3002.

 W tej samej chwili Robert gwałtownie uniósł dłoń i wpatrzył się w niską gałąź sosny rosnącej tuż po drugiej stronie zapory z wapna.

– Paweł – szepnął, a jego głos był napięty. – Patrz tam. Na gałąź.

 Paweł wolno, bardzo wolno podniósł wzrok. Do pnia, za pomocą prostego skórzanego rzemienia, przymocowany był mały zatrzask z grubego drutu. W metalowych widełkach tkwiła pusta, wypalona od środka tubka z grubego aluminium, wielkości grubego cygara. Pachniała siarką i spaloną izolacją. Od zatrzasku w stronę mchu biegła cienka, nylonowa nitka – zerwany potykacz.

 Ale to nie sama lekka pułapka przerażała najbardziej.

 Cała kora dębu pod gałęzią i ziemia wokół drzewa była zmasakrowana. Mech został zerwany potężnymi, długimi palcami, a wszystko wokół oblepiała gęsta, zaschnięta, wciąż cicho skwiercząca w wilgotnym powietrzu skorupa. Ślad po żrącym, czarnym śluzie, który wypalił ściółkę aż do gołej ziemi. Ktokolwiek tu stał, przechodził przez stan absolutnej, niszczycielskiej furii.

– Stał tutaj – wydusił z siebie Paweł, patrząc na makabryczny dowód.

– Wpadł w szał – poprawił go mrocznie Robert, wpatrując się w syczący śluz. – Ale zobacz, ślady ucieczki mutanta rwą się i biegną w popłochu z powrotem w głąb lasu. Coś go złamało. Kiedy odpala taki nabój akustyczny, nie ma cichego kliknięcia. Gazy przeciskające się przez aluminiowe kanaliki rezonansowe muszą generować potężny, niskoczęstotliwościowy ryk.

 Paweł zamarł. Słowa Roberta zawisły w gęstym od mgły powietrzu, a zimny pot oblał jego kark, kiedy wspomnienie tamtej nocy uderzyło go z pełną mocą.

– Grzmot – powiedział nagle Paweł. Głos mu zmatowiał.

Robert powoli odwrócił głowę.

– Co?

– Pamiętasz, jak rozmawialiśmy nad Wisłą? – Paweł spojrzał mu prosto w oczy. Oddychał szybko, a powietrze parowało w chłodzie poranka. – Wybiegłem wtedy z klatki schodowej prosto na ulicę. Szukałem tego czegoś. Ulica była pusta, a ułamek sekundy później usłyszałem ten dźwięk. Ten długi, nienaturalny grzmot, który przetoczył się przez miasteczko. Myślałem, że to wyładowanie atmosferyczne, ale to był dokładnie ten sam ryk, który wydaje ta aluminiowa tubka. Ryk hydraulicznych wrót laboratorium.

Oczy Roberta nagle się rozszerzyły. Zrozumienie, ostre jak nóż, przecięło jego rysy. Spojrzał na wypaloną kapsułę na gałęzi.

– Oszaleć… – wydusił z siebie bieszczadzki leśnik.

– Ten mutant wcale nie uciekło z klatki tak po prostu – kontynuował gorączkowo Paweł, a elementy układanki ze zgrzytem wskoczyły na swoje miejsca. – Zostawił czarny śluz na drzwiach Tomka, bo jego poziom agresji rósł, przechodził w tryb bojowy i szykował się do rzezi. Kiedy wybiegłem przed blok, czaił się na mnie w ciemności. A wtedy Strażnik, który śledził go bezszelestnie aż do miasta, odpalił taki nabój ze swojej rakietnicy. Wywołał ten potężny, akustyczny rezonans. Uderzył prosto w zakodowaną traumę z dzieciństwa tego mutanta. W ułamku sekundy poziom noradrenaliny w ciele bestii spadł, kwas przestał się wydzielać, a potwór przerażony wspomnieniem bólu z laboratorium obrócił się na pięcie i uciekł do lasu. Strażnik uratował mi życie jednym strzałem z pistoletu sygnałowego.

 Zapadała cisza, głębsza i cięższa niż jeszcze przed chwilą. Mgła leniwie snuła się między pniami, zacierając kontury horyzontu.

 Robert zacisnął szczęki. Ktoś właśnie brutalnie uświadomił mu, że w tej zabawie nie są myśliwymi. Byli zwierzyną, która zawdzięcza życie facetowi poruszającemu się po tych lasach jak lekki, nieuchwytny cień.

– Skoro ryzykował wyjście do samego miasta i użycie naboju akustycznego, żeby osłaniać jakiegoś leśnika z południa… – zaczął powoli Robert, wpatrując się we mgłę gęstniejącą w stronę Obiektu 3002. – To znaczy, że rozpaczliwie potrzebuje, żeby nikt obcy nie zginął na jego terenie. Z trupami przyszłoby wojsko i śledztwo, które zniszczyłoby ten kruchy porządek.

 Paweł poprawił paski ciężkiego plecaka. W tej jednej chwili przestał czuć chłód poranka.

– Musimy go znaleźć, Robert. Zanim temu człowiekowi skończą się naboje rezonansowe, a mutant zorientuje się, że stalowe wrota już nigdy się za nim nie zamkną.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *