Czwarty Sektor. Cz. 18
Paweł i Robert ruszyli ostrożnie wzdłuż linii wapna, nie decydując się jeszcze na wejście v głąb mrocznego młodnika. Mgła wokół nich zgęstniała, a las wokół Obiektu 3002 wydawał się całkowicie martwy. Nagle Robert zatrzymał się przy podmokłym zagłębieniu terenu, gdzie woda zbierała się w głębokich koleinach po dawnych wojskowych pojazdach. Kucnął przy ziemi i skinął ręką na przyjaciela.
– Paweł, chodź tutaj. To nie są buty Strażnika – rzucił cicho bieszczadzki leśnik.
W gęstym, szarym błocie odciśnięte były dziesiątki tropów. Na pierwszy rzut oka wyglądały jak ślady potężnych psów, ale coś w ich geometrii było głęboko niepokojące. Odciski łap były nienaturalnie wydłużone, a pazury wbijały się w ziemię zbyt głęboko, jakby zwierzęta niosły ze sobą nienaturalnie dużą masę. Ślady nie układały się w regularny sznur, jak u zdrowego wilka. Były chaotyczne, szerokie, a miejscami widać było wyraźne ślady szorowania brzucha o błoto. Z liczby odcisków wynikało, że wokół strefy kręci się przynajmniej kilka sztuk.
– Dziki pies? Wilk? – zapytał Paweł, mierząc wzrokiem wielkość tropu. Był większy niż u jakiegokolwiek drapieżnika, jakiego widział na południu kraju.
– Hybrydy – mruknął Robert, wstając i wycierając dłoń w gumowej rękawicy. – Watahy zdziczałych psów, które skrzyżowały się z wilkami po odejściu armii. Ale te tutaj zachowują się dziwnie. Zobacz, one kręcą się w kółko tuż przed linią wapna. Polują na to, co mutant zostawi po sobie, albo same są przez niego zapędzane w kozi róg.
Chłopaki zrozumieli, że las ma już własny, bezwzględny ekosystem. Postanowili na chwilę wycofać się do miasteczka, żeby dokupić brakujące baterie do latarek, zjeść coś ciepłego i sprawdzić, co dzieje się z Tomkiem.
Godzinę później, po zrzuceniu gumowych kombinezonów do bagażnika terenówki, weszli do małego, ciasnego sklepu. Za ladą stał pan Henryk. Robert rzucił na ladę kilka konserw i paczkę grubych rękawic roboczych.
Henryk leniwie wbijał ceny na starą kasę, dopóki nie spojrzał na zmęczone, spięte twarze chłopaków.
– Do lasu idziecie? – zapytał zniżając głos. – Nie wasz rejon, chłopaki. Tomek z nadleśnictwa mówił, że tam teraz pozamykane.
– Robimy inwentaryzację sanitarną na obrzeżach – skłamał gładko Paweł. – Sprawdzamy stan młodników.
Pan Henryk zatrzymał dłoń nad kasą. Rozejrzał się odruchowo po pustym sklepie, po czym oparł się ciężko o ladę.
– Jak na obrzeżach, to uważajcie na siebie. Ludzie w Bornem zaczynają gadać. Pocztą pantoflową taka historia do mnie dotarła, od Zośki z poczty, a jej syn w szkole uczy – staruszek zawiesił głos.
Robert i Paweł zamarli, udając, że przeglądają towary na półkach.
– Co za historia? – zapytał obojętnie Robert.
– Ano taka, że w zeszłym tygodniu grupa dzieciaków wracała ze szkoły tą skróconą drogą, wiecie, koło starych radzieckich magazynów numer cztery. Ściemniało się już. I te dzieciaki zaklinają się na wszystkie świętości, że w gęstwinie, tuż przy rampie przeładunkowej, stało coś wielkiego i ciemnego. Cień w kształcie człowieka, ale wielki na dwa metry, zgarbiony – Henryk pokręcił głową z niedowierzaniem, ale w jego oczach widać było autentyczny niepokój.
– I co to coś zrobiło? – nacisnął Paweł.
– No właśnie nic! – Henryk zniżył głos do szeptu. – I to jest najgorsze. Dzieciaki szły drogą, a to monstrum szło równolegle do nich, w gęstym cieniu drzew. Jakby im towarzyszyło w drodze do domu. Nie ryczało, nie atakowało. Po prostu szło i patrzyło. Dzieci w płacz, zaczęły biec, a to coś nagle, w jednym momencie, jakby usłyszało jakiś sygnał, odwróciło się na pięcie i z niesamowitą prędkością uciekło z powrotem w stronę Sektora Czwartego. Policję wzywali, ale co tam policja we mgle znajdzie. Dziki pies, mówią. Ale pies nie chodzi na dwóch łapach, nie?
Paweł poczuł, jak żołądek zawiązuje mu się w supeł. Spojrzał na Roberta. Obaj wiedzieli, co to oznacza. Mutant podchodził pod samo miasteczko i obserwował ludzi z chorą, ludzką ciekawością. A jego nagła ucieczka była dowodem na to, że Strażnik wciąż nad nim czuwał, krążąc niewidzialny we mgle i odciągając go od bezbronnych dzieci w ostatniej sekundzie.
Pan Henryk oparł się mocniej o starą, porysowaną ladę, a jego wzrok uciekł gdzieś za okno, w stronę szarych, odrapanych ścian dawnych radzieckich blokowisk Bornego, nad którymi wisiała brudna mgła.
– Ech, chłopaki… – westchnął ciężko, a w jego głosie pojawiła się jakaś głęboka, starcza rezygnacja. – Ruskie stąd uciekali w pośpiechu, pociągi pękały w szwach, wywozili wszystko, co miało jakąkolwiek wartość, nawet klamki i gniazdka wyrywali ze ścian. Ale prawda jest taka, że zostawili nam tutaj niejedną niespodziankę. Ponad czterdzieści lat rządzili tym poligonem jak własnym podwórkiem. Pod ziemią przekopali całe kilometry, nastawiali bunkrów, tajnych składów, magazynów głowic nuklearnych, o których nikt oficjalnie nie miał pojęcia. Czort jeden wie, co oni tam w tych zabetonowanych dziurach naprawdę robili po nocach, jakich lekarzy i inżynierów tu trzymali za potrójnym drutem kolczastym. Teraz w gazetach piszą, że wszystko posprzątane, las bezpieczny, turystów zapraszają na jagody. A potem człowiek idzie głębiej w knieję i znajduje żelazne włazy, których nie ma na żadnej mapie, albo czuje, jak ziemia pod nogami drży, choć żadne pociągi już tu od lat nie kursują. Oni zamknęli za sobą drzwi, zalali wejścia betonem i uciekli do Moskwy, ale to miasto tylko udaje, że należy do nas. To, co tam pod spodem zgniło i zmutowało, powoli zaczyna pękać i wyłazić na wierzch. Ten las jest chory, chłopaki. I strach pomyśleć, co jeszcze z niego wyjdzie, jak ten radziecki beton w końcu całkowicie skruszeje.
Zapadła ponura cisza, przerywana jedynie cichym brzęczeniem lodówki na zapleczu. Henryk machnął ręką, jakby chciał odpędzić własne myśli, i zaczął pakować konserwy do szarej, papierowej torby. Paweł i Robert w milczeniu odebrali zakupy, czując, że słowa starego sklepikarza zamknęły wokół nich pułapkę Sektora Czwartego szczelniej niż jakikolwiek wojskowy regulamin.