Borley Rectory. Plebania, którą nazwano najbardziej nawiedzonym domem Anglii
Gdy mieszkańcy Borley zaczęli opowiadać o zakonnicy spacerującej o zmierzchu w pobliżu plebanii, była to jeszcze jedna z tych lokalnych historii, które przekazuje się przy kominku i których pochodzenia po latach nikt nie potrafi już dokładnie ustalić. Z czasem jednak wokół niewielkiej angielskiej miejscowości narosło tyle relacji o niewytłumaczalnych wydarzeniach, że Borley Rectory stała się jednym z najsłynniejszych nawiedzonych domów XX wieku.
A wszystko działo się w miejscu, które na pierwszy rzut oka nie wyglądało szczególnie niezwykle. Plebanię Borley Rectory w hrabstwie Essex zbudowano w 1863 roku dla wielebnego Henry’ego Bulla i jego rodziny. Był to duży, ceglany wiktoriański budynek stojący naprzeciwko miejscowego kościoła. Miał dwadzieścia trzy pomieszczenia, kilka klatek schodowych i rozległy teren wokół domu. Legenda była jednak starsza niż najsłynniejsze wydarzenia w samej plebanii. Opowiadano, że w okolicy miał niegdyś istnieć klasztor, a jeden z mnichów zakochał się w zakonnicy z pobliskiego konwentu. Mieli próbować razem uciec, ale zostali schwytani. Według najbardziej makabrycznej wersji mnicha zabito, natomiast kobietę zamurowano żywcem. Od tamtej pory jej postać miała pojawiać się w okolicy, czasem w towarzystwie widmowego powozu.
Brzmi jak gotycki horror, ale tutaj trzeba zaznaczyć coś bardzo ważnego. Historycy nie znaleźli wiarygodnych dowodów na istnienie w tym miejscu klasztoru ani na opisaną historię nieszczęśliwych kochanków. To legenda, która dopiero później została połączona z wydarzeniami w Borley. Tyle że ludzie naprawdę zaczęli zgłaszać, że coś widują. W 1900 roku cztery córki rodziny Bull miały zobaczyć w ogrodzie postać kobiety przypominającej zakonnicę. Zbliżyły się do niej, ale tajemnicza postać zniknęła. Zjawę mieli później widywać również inni mieszkańcy i pracownicy związani z plebanią. Jeszcze wcześniej pojawiały się historie o krokach słyszanych w pustych częściach domu, przedmiotach przemieszczających się bez wyraźnej przyczyny oraz odgłosie powozu przejeżdżającego drogą, chociaż żadnego pojazdu nie było widać.
Prawdziwa eksplozja opowieści nastąpiła jednak pod koniec lat dwudziestych. W 1928 roku do Borley Rectory wprowadzili się wielebny Guy Eric Smith i jego żona Mabel. Według późniejszych relacji początkowo nie wiedzieli wiele o reputacji budynku. Wkrótce mieli zacząć słyszeć szepty, widzieć niewyraźne postacie i obserwować, jak dzwonki służące dawniej do przywoływania służby uruchamiają się bez niczyjej pomocy. Historia trafiła do prasy, i w czerwcu 1929 roku do Borley przyjechał Harry Price, jeden z najbardziej znanych wówczas brytyjskich badaczy zjawisk paranormalnych. Towarzyszyli mu dziennikarze, a od tej chwili niewielka wieś przestała być miejscem lokalnej opowieści o duchach. Stała się prawdziwą sensacją. Jeszcze podczas pierwszego pobytu Price’a miały być rzucane kamienie, tłuczone przedmioty i słyszane tajemnicze stuknięcia. Zainteresowanie było tak ogromne, że do Borley zaczęli przyjeżdżać ciekawscy.
Ale najdziwniejszy okres dopiero nadchodził. W 1930 roku do plebanii wprowadził się kolejny duchowny, Lionel Foyster, razem z żoną Marianne i małą córką. To właśnie wtedy liczba zgłaszanych zjawisk miała osiągnąć niewiarygodne rozmiary. Słyszano kroki, szepty, stukanie i dzwonki. W pomieszczeniach miał pojawiać się zapach perfum i kadzidła. Kamienie, butelki i inne przedmioty rzekomo przemieszczały się albo były rzucane przez niewidzialną siłę. Drzwi same się zamykały, okna pękały, meble przewracały, a w domu miały pojawiać się niewielkie pożary. Najbardziej niepokojące były jednak napisy. Na ścianach i kartkach zaczęły pojawiać się słowa wyglądające tak, jak gdyby ktoś próbował skontaktować się z Marianne Foyster i prosił ją o pomoc. Właśnie wokół Marianne skupiało się wiele z najbardziej dramatycznych wydarzeń. Według relacji miała zostać nawet wyrzucona z łóżka przez niewidzialną siłę. Price twierdził później, że w okresie zamieszkiwania rodziny Foysterów zgłoszono około dwóch tysięcy niewytłumaczalnych zdarzeń. Ta liczba nawet dziś robi wrażenie. Problem polega na tym, że już wtedy zaczęły pojawiać się podejrzenia, iż przynajmniej część fenomenów mogła być inscenizowana.
Borley Rectory zaczynała być miejscem, w którym trudno było odróżnić relacje świadków od plotek, sugestii, medialnego szumu i zwyczajnych żartów. Harry Price mimo to nie odpuszczał. W 1937 roku wynajął opuszczoną już plebanię i rozpoczął własne, szeroko zakrojone badania. Zgłosiło się kilkudziesięciu ochotników, którzy mieli spędzać czas w budynku i zapisywać wszelkie niezwykłe wydarzenia. Wśród obserwatorów znaleźli się między innymi lekarz, wojskowy i inżynier. Podczas seansów pojawiła się kolejna część historii. Istota komunikująca się z uczestnikami miała przedstawić się jako Marie Lairre, francuska zakonnica zamordowana w Borley i pochowana w pobliżu domu. Nagle anonimowa zakonnica z dawnej legendy dostała imię. Price zaczął poszukiwać jej grobu. W 1943 roku podczas prac prowadzonych na terenie Borley znaleziono fragment ludzkiej szczęki oraz kilka innych przedmiotów. Dla Price’a było to kolejne potwierdzenie jego teorii. Później jednak zarówno wiek znaleziska, jak i okoliczności jego odkrycia zaczęto podważać. Nigdy nie udało się również przekonująco udowodnić, że istniała zakonnica Marie Lairre odpowiadająca historii z seansów.
Borley Rectory w tym czasie już nie istniała w dawnej postaci. W nocy 27 lutego 1939 roku budynek stanął w płomieniach po przewróceniu lampy olejowej. Plebanię poważnie zniszczył pożar, a kilka lat później, w 1944 roku, pozostałości rozebrano. Ale nawet wtedy legenda nie umarła. Po śmierci Harry’ego Price’a jego badaniom zaczęto przyglądać się znacznie bardziej krytycznie. Society for Psychical Research przeprowadziło własną analizę i w opublikowanym w latach pięćdziesiątych raporcie mocno zakwestionowało zarówno część relacji świadków, jak i metody samego Price’a. Badacze uznali, że wiele wydarzeń można było wyjaśnić w zwyczajny sposób, a niektóre mogły być efektem żartów, sugestii lub celowego oszustwa. Później pojawiły się jednak również głosy krytykujące sam ten sceptyczny raport i wskazujące, że nie wszystkie zarzuty wobec Price’a udało się jednoznacznie udowodnić.
Właśnie dlatego Borley Rectory pozostaje tak fascynujące. Nie jest to historia, w której możemy powiedzieć: „tak, tam naprawdę straszyło”. Ale nie jest również tak łatwo sprowadzić jej do jednej osoby wymyślającej wszystko od początku do końca. Relacje o krokach, tajemniczych postaciach i widmowej zakonnicy pojawiały się jeszcze przed przybyciem Harry’ego Price’a. Później jednak do tych opowieści dołączyły gazety, badacze zjawisk paranormalnych, seanse, duchowe komunikaty, tysiące ciekawskich i coraz bardziej rozbudowana legenda.
Gdzie skończyły się prawdziwe doświadczenia mieszkańców, a zaczęła zbiorowa fascynacja nawiedzonym domem? Tego prawdopodobnie już nigdy się nie dowiemy. Pozostała za to historia plebanii, której od ponad stu lat towarzyszy obraz samotnej zakonnicy spacerującej w półmroku. Trochę przewrotnie można powiedzieć, że przy Borley Rectory nasz Mnich z Centyrza, który po prostu wychodził spod pniaka, rósł do ogromnych rozmiarów i nikomu nie robił krzywdy, wydaje się wyjątkowo spokojnym duchem.
