upal_poludnica_potwor
|

Koszmary związane z upałami

Upał w dawnych wierzeniach nie był jedynie uciążliwością. Gdy słońce nieruchomiało nad polami, powietrze drżało nad ziemią, a wśród zbóż nie było słychać nawet ptaków, rozpoczynała się pora, której należało się obawiać. W polskim folklorze najbardziej niebezpieczną istotą związaną z letnim skwarem była południca, nazywana również przypołudnicą, żytnicą, żytnią babą, rżaną babą, polnym diabłem albo babą o żelaznych zębach. Ukazywała się przede wszystkim w samo południe, gdy żniwiarze i pracujący na polach ludzie byli najbardziej zmęczeni, odwodnieni i osłabieni przez palące słońce.

Zimą miała znikać pod ziemią, lecz w ciepłe, pogodne dni powracała pomiędzy kłosy, jakby rodziła się wraz z dojrzewającym zbożem. Jej obecność zdradzał czasem nagły wir kurzu, poruszenie łanów mimo zupełnego braku wiatru albo biała sylwetka dostrzeżona na granicy pola. W dawnej polskiej literaturze sama nazwa południcy pojawiała się już przed wiekami, a badacze zaliczali ją do nielicznych demonów działających za dnia, dokładnie o porze wskazanej w jej imieniu.

Nie istniał jednak jeden, wspólny dla całej Polski wizerunek południcy. Na zachodzie kraju mogła wyglądać jak młoda, piękna dziewczyna w białej sukni, z długimi włosami, wiankiem, sierpem lub naręczem polnych kwiatów. Na Mazowszu przypołudnica częściej przybierała postać odrażającej staruchy w łachmanach, z długimi pazurami, ostrymi zębami i narzędziem do żęcia zboża w dłoni. Niekiedy wyobrażano ją sobie nawet jako kościotrupa albo wielkiego, jasnego ptaka. Spotkanie z nią mogło skończyć się bólem głowy, utratą przytomności, dusznością, majaczeniem, paraliżem lub śmiercią. W bardziej brutalnych opowieściach południca łamała ludziom kończyny, dusiła ich albo ścinała głowy sierpem. Szczególnie niebezpieczna była dla dzieci pozostawionych bez opieki w pobliżu pola. Mogła je przestraszyć i przepędzić, ale w najciemniejszych przekazach porywała je, wyprowadzała do lasu lub zakopywała w ziemi. Trudno nie dostrzec w tych opowieściach ludowej przestrogi przed udarem słonecznym, zasłabnięciem podczas ciężkiej pracy i zagubieniem się dziecka w wysokim zbożu. Demon nadawał niewidzialnemu zagrożeniu twarz, głos i imię, dzięki czemu ostrzeżenie zapamiętywano znacznie lepiej niż zwykły zakaz wychodzenia w pole podczas największego skwaru.

Do letnich lęków można zaliczyć także zmorę, choć nie była ona demonem upału w tak dosłownym znaczeniu jak południca. Przychodziła nocą, gdy człowiek spał, siadała mu na piersi, gniotła go i odbierała możliwość poruszenia się lub wezwania pomocy. Czasami pozostawała niewidzialna, a ofiara czuła jedynie ciężar i narastającą duszność. Mogła też wślizgnąć się do izby przez szczelinę w oknie jako ćma, komar, kot, mysz, źdźbło słomy albo cienka nić. W ludowych wyobrażeniach bywała duchem żyjącej osoby, która nocą nieświadomie opuszczała własne ciało, lub duszą człowieka zmarłego nagle i bez właściwego pożegnania. Jej działaniem tłumaczono niespokojny sen, bóle głowy, duszności i dolegliwości, których przyczyny nie potrafiono zrozumieć. Nietrudno wyobrazić sobie, że podczas parnej, bezwietrznej nocy, w nagrzanej izbie, takie doświadczenie wydawało się jeszcze bardziej realne. Człowiek budził się zlany potem, nie mógł zaczerpnąć powietrza ani unieść ręki, więc dochodził do wniosku, że nie winne są skwar, ciężkie powietrze czy ułożenie ciała, lecz nocna istota przygniatająca go do posłania.

Podobne wyobrażenia powstawały także bardzo daleko od polskich pól. W dawnych wierzeniach chińskich występowała Nüba, nazywana również Hanba, istota związana z suszą, która zatrzymywała wiatr i deszcz, a w miejscu jej pojawienia się ziemia wysychała. Z czasem przedstawiano ją nie tylko jako boginię, lecz również jako niepokojącego demona suszy. W japońskich zbiorach istot nadprzyrodzonych pojawił się natomiast hiderigami, jednooki i jednoręki stwór, którego ciało miało wydzielać tak wielkie gorąco, że nie tworzyły się chmury, deszcz przestawał padać, a grunt zamieniał się w spaloną pustkę. Na terenach pustynnych grozę budził z kolei samum, gwałtowny, gorący wiatr niosący pył i śmiercionośny żar. W tradycjach beduińskich oraz części dawnych przekazów religijnych samum łączono z demonem albo z ogniem, z którego powstały niebezpieczne duchy. Był to przeciwnik, którego nie dało się zobaczyć, lecz można było poczuć jego oddech przenikający ubranie i skórę. Niezależnie od miejsca ludzie tworzyli więc istoty odpowiadające miejscowym zagrożeniom: na słowiańskich polach pojawiała się biała kobieta z sierpem, w Azji demon suszy, a na pustyni duch rozpalonego wiatru.

Dziś południca kojarzy się często z baśnią lub postacią z gry, ale kiedyś należała do świata całkowicie realnych przestróg. Nie trzeba było jej naprawdę zobaczyć, aby odczuć jej obecność. Wystarczył pulsujący ból głowy, nagła słabość, migające przed oczami światło i wrażenie, że ktoś stoi pomiędzy kłosami. Upał zmieniał znajomy krajobraz, odbierał siły, wywoływał majaczenie i sprawiał, że nieruchome powietrze zaczynało wydawać się pełne ukrytego życia. Być może dlatego letnie demony są tak niepokojące. Nie przychodzą podczas burzy ani w ciemnym lesie, lecz w pełnym świetle dnia, kiedy człowiek powinien widzieć wszystko wyraźnie. A jednak właśnie wtedy, pośród złotych pól i rozpalonej ciszy, mógł dostrzec białą postać, której chwilę wcześniej na pewno tam nie było.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *