czwarty sektor cz 24

Czwarty Sektor. Cz. 24

 Tomek siedział bez ruchu, kurczowo zaciskając dłonie na krawędzi blatu, jakby bał się, że jeśli je puści, cały jego świat runie w posadach. Patrzył na Pawła, potem na Roberta, a w jego oczach tliło się przerażenie człowieka, który nagle uświadomił sobie, że nacisnął guzik uruchamiający lawinę.

– Pięć… – powtórzył szeptem, a jego warga wyraźnie drżała. – Zostało mu tylko pięć nabojów. Jezus Maria, Paweł, co myśmy zrobili? Ja tylko chciałem dowieść, że te reintrodukowane rysie radzą sobie w nowym środowisku. Przecież te obroże… one miały zbierać dane dla ministerstwa. Skąd mogłem wiedzieć, że to coś tam jest? Że to żyje?

– Ilia mówił, że wysyłał znaki – odpowiedział głucho Paweł, opierając się ciężko o lodowatą ścianę kuchni. – Ale ty patrzyłeś w ekrany, Tomek. Dla ciebie liczyły się tylko wykresy i kropki na cyfrowej mapie. A ten facet od trzydziestu lat co noc ryzykuje życie, żeby ten radziecki koszmar nie przypomniał sobie, jak smakuje ludzkie mięso. I miał rację. Przez twoje nadajniki bestia podeszła pod same drzwi. Wywęszyła nas.

 Robert nie brał udziału w tej wymianie zdań. Stał przy oknie, odchyliwszy delikatnie róg starej, zżółkniętej firanki. Świt nad Bornem Sulinowem wchodził właśnie w tę najgorszą fazę – mgła nie opadała, a jedynie gęstniała, nabierając brudnego, sinawego odcienia. Miasto powoli budziło się do życia, choć na pustych, betonowych alejkach między blokami panowała jeszcze martwa cisza.

 Nagle Robert drgnął. Jego potężne ramiona napięły się pod skórzaną kurtką.

– Chłopaki, cicho – rzucił krótko leśnik, nie odrywając wzroku od szyby. – Słyszycie to?

 Paweł i Tomek natychmiast zamilkli. Z zewnątrz, od strony szarego bloku stojącego najbliżej ściany lasu Sektora Czwartego, dobiegł wysoki, piskliwy dźwięk. To było histeryczne, zajadłe ujadanie małego psa. Chwilę później powietrze rozdarł ludzki krzyk – krótki, przeraźliwy wrzask czystej, nieskrępowanej paniki.

 Paweł i Tomek doskoczyli do okna, stając ramię w ramię z Robertem.

 Z klatki sąsiedniego bloku, ledwie kilkadziesiąt metrów od nich, wyszedł starszy pan, stały mieszkaniec osiedla, ubrany w charakterystyczną, szeleszczącą ortalionową kurtkę. Wywiódł na poranny spacer swojego jamnika, starego, grubego psiaka, który zazwyczaj ledwo człapał po trawniku. Teraz jednak piesek szalał na napiętej smyczy, ujadając w stronę gęstej zasłony mgły oddzielającej betonowy parking od pierwszych sosen Sektora.

 A potem z tej mgły wypadły one.

 To była ta sama wataha hybryd, którą Paweł i Robert widzieli na leśnej drodze. Zwierzęta pędziły w kompletnym, panicznym popłochu. Ich potężne, zniekształcone sylwetki poruszały się z nienaturalną zwinnością, przeskakując przez krawężniki i tratując zmarznięte osiedlowe krzewy. Nie polowały. One uciekały przed czymś, co szło za nimi z głębi lasu, i były tak otumanione strachem, że straciły wszelki drapieżny instynkt.

 Gdyby stary jamnik siedział cicho, hybrydy prawdopodobnie przemknęłyby obok, szukając schronienia między śmietnikami. Jednak piskliwe, agresywne ujadanie małego psa zadziałało jak zapalnik na ich zszargane nerwy. Jedna z największych bestii, potężny samiec o nienaturalnie wydłużonym pysku i zjeżonej na grzbiecie sierści, skręciła gwałtownie w biegu, szorując pazurami po betonie.

 Wszystko trwało ułamek sekundy. Starszy facet zdołał jedynie unieść ręce w obronnym geście i odskoczyć w tył, potykając się o krawężnik. Hybryda kłapnęła potężnymi, nieludzkimi szczękami tuż przy jego nogach. Jednym potężnym szarpnięciem zerwała parcianą smycz, wyrywając jamnika prosto w powietrze. Zwierzęta nawet się nie zatrzymały. Przetoczyły się przez trawnik niczym czarna, drapieżna fala, pożerając skomlący łup niemal w biegu, i zniknęły w mroku między rzędami blaszanych garaży.

 Na parkingu zapadła potworna, duszna cisza, przerywana jedynie głośnym szelestem ortalionu. Starszy pan leżał na ziemi, kurczowo łapiąc się za klatkę schodową, z twarzą wykrzywioną bólem i niedowierzaniem. W jego drżącej dłoni wciąż tkwił plastikowy, urwany uchwyt automatycznej smyczy.

 W kuchni Tomka nikt nie odważył się oddychać. Paweł powoli odsunął się od okna, czując, jak po plecach spływa mu lodowaty strumień potu. Spojrzał na Roberta, którego zacięta twarz mówiła wszystko.

 Ilia nie kłamał. Porządek lasu został zburzony. Mutant wstał z dna stacji pomp, a jego głód i furia właśnie wypchnęły zapędzone w kozi róg bestie prosto na ulice miasteczka. Ściana Sektora Czwartego przestała istnieć. Horror oficjalnie wkroczył do Bornego Sulinowa.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *