Czwarty Sektor Cz.21

Czwarty Sektor. Cz. 21

Ilia gwałtownie uderzył otwartą dłonią w stół, aż poukładane na blacie aluminiowe naboje podskoczyły z głośnym brzękiem. Robert drgnął, a jego palce mocniej zacisnęły się na ołowianym pręcie, ale Rosjanin nawet na niego nie spojrzał. Jego ciemne oczy, pełne czystej, skumulowanej wściekłości, utknęły prosto w twarzy Pawła.

– I dlatego ja was pytam: po co wy tu przyjechali?! – warknął Ilia, a w jego głosie zadźwięczała tak głęboka pogarda, że obaj leśnicy poczuli się nienaturalnie mali w tym betonowym schronie. – Ten wasz koleżka, ten dureń z nadleśnictwa Borne… To on wam w głowach namieszał, da? To on was tym wszystkim zainteresował! Siedzi w tym swoim bezpiecznym, ciepłym biurze, państwowe papiery przekłada, a zachciało mu się wielkiej ochrony przyrody. Najpierw wpuścił te swoje rysie z aktywnym GPS-em prosto w mój las. Ja mu przez ludzi z miasteczka wysyłał znaki: nie zbliżać się do Sektora Czwartego, trzymać koty z daleka, bo tu jest zamknięta zona! Ale on wiedział lepiej. Państwowy urzędnik, instrukcje z Warszawy dostał, to co mu tam leśne gadanie!

 Rosjanin wstał gwałtownie z krzesła, aż zatrzeszczały stare deski, i zaczął krążyć wokół stołu, nienaturalnie lekko omijając porozrzucany na podłodze sprzęt.

– A jak mutant rozszarpał te jego rysie, to co zrobił wasz mądry kolega? Zamiast zamknąć gębę, spisać straty i zapomnieć, to on wpadł w panikę! Zaczął szukać, dzwonić, telemetrię na pełną moc włączać, fale w eter puszczać i was, durniów, na pomoc ściągać! Myślał, że w tym lesie nikt nic nie widzi? Mutant wyczuł, że coś kręci się przy jego granicy. Przez tego waszego Tomka i jego zabawki bestia poczuła zapach ludzi, dostała szału i polazła za wami do samego miasta, pod wasze własne drzwi! Ja od lat pilnuję, żeby to monstrum zapomniało, jak pachnie ludzkie mięso. Karmię go, odciągam, a wasz koleżka jedną głupią obrożą zepsuł moją rabotę!

 Ilia zatrzymał się tuż przed Pawłem, nachylając się nad nim tak blisko, że Paweł poczuł dym tytoniowy i kwaśny zapach potu na jego ubraniu.

– I wy co? Zamiast uciekać z powrotem, zamiast ratować skórę, wy bierzecie te śmieszne maski, te opony na nogi, worki z wapnem i myślicie, że wy gieroi? Że przyjedziecie do Sektora Czwartego i zrobicie tu porządek? Wy nic nie wiecie! Wy jesteście jak dzieci, co bawią się zapałkami na beczce z prochem! Jeśli wy tu zginiecie, jeśli wasze ciała tu zostaną, to wasz nadleśniczy wezwie policję, wojsko, prokuraturę. Przyjadą limuzyny z Warszawy, zaczną kopać w ziemi, rozwalą ten mój kruchy porządek i zburzą radziecki beton. A wtedy ten mutant wyjdzie z lasu i nikt, słyszycie mnie, nikt go już nie zatrzyma. Ani ja, ani te moje naboje, których mam coraz mniej. Tego nie da się zabić.

 Rosjanin odsunął się gwałtownie, machnął ręką i zrezygnowany opadł z powrotem na krzesło. W schronie zapadła ciężka, lodowata cisza, w której słychać było jedynie miarowy oddech trzech mężczyzn i cichy szum wiatru wciskającego się przez szczeliny wentylacyjne. Robert powoli spojrzał na Pawła, a w jego oczach nie było już chęci do kłótni. Była tylko ponura świadomość, że ten wściekły człowiek w czarnym płaszczu ma w każdym słowie absolutną rację.

 Paweł i Robert siedzieli w milczeniu, trawiąc słowa Rosjanina. Przenikliwy chłód marcowej nocy powoli wdzierał się do schronu, ale żaden z nich już go nie czuł. Robert spojrzał na swój ciężki, okuty pręt, który jeszcze godzinę temu wydawał mu się solidną bronią. Teraz ten kawał żelaza wyglądał żałośnie.

– Jak to: nie da się zabić? – odezwał się w końcu Robert, a jego głęboki głos brzmiał nienaturalnie pusto w betonowych ścianach. – Każde stworzenie z krwi i kości da się zabić. Wystarczy odpowiedni kaliber. Albo ogień.

 Ilia uniósł głowę, a na jego usta wypełzł ponury, niemal litościwy uśmiech. Zaciągnął się papierosem tak mocno, że żar rozświetlił jego zmęczone oczy.

– Kaliber? Ogień? – powtórzył cicho, kręcąc głową. – Mój ociec i jego ludzie też tak myśleli. Kiedy w dziewięćdziesiątym drugim roku dostali rozkaz likwidacji projektu, próbowali to rozstrzelać. Wprowadzili do sektora pluton egzekucyjny, zamknęli mutanta w komorze testowej i otworzyli ogień z kałasznikowów. Wiecie, co się stało?

 Paweł wstrzymał oddech, patrząc na Rosjanina.

–Ten czarny śluz nie tylko trawi drewno, inżynier. On działa jak potworny, biologiczny katalizator. Kiedy ciało mutanta zostaje uszkodzone, kwas momentalnie zalewa rany, neutralizuje obce ciała i inicjuje tak gwałtowną regenerację komórkową, że tkanka zrasta się na oczach lekarzy. Im więcej do niego strzelasz, tym bardziej on wścieka się, tym więcej kwasu produkuje i tym szybciej jego rany się zamykają. Ogień? Spalili go miotaczami. Przez trzy dni leżał jak martwy węgiel, a czwartego dnia jego skóra pękła, a spod spodu wyszło nowe, jeszcze silniejsze mięso. To nie jest po prostu zwierzę. To żywy błąd fizyki. Radziecki potwór Frankensteina, w którym genetycy zablokowali proces umierania.

 Paweł poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła. Przypomniał sobie diagnozę profesora Zawadzkiego z Krakowa o „sztucznej tkance, która podejmuje świadome decyzje”.

– Więc dlatego go zatopili? – zapytał Paweł, czując, jak drętwieją mu palce. – Dlatego zalali Obiekt 3002 betonem?

– Da – skinął głową Ilia. – Zrozumieli, że stworzyli coś, czego nie potrafią uśmiercić. Woda i metry żelbetonu miały trzymać go na dnie na wieki. Ale woda kruszy beton, a on miał trzydzieści lat na szukanie szczelin.

 Rosjanin wstał, podszedł do stołu i z głośnym stukotem przesunął ręką po ułożonych aluminiowych nabojach.

– Te naboje akustyczne to nie jest broń – powiedział twardo Ilia. – To tylko iluzja. Ten ryk wrót schronu paraliżuje jego układ nerwowy, bo przypomina mu o jedynym czasie, kiedy był zamknięty i bezbronny. Ale to działa tylko przez chwilę. A wiesz, jaka jest najgorsza wiadomość, inżynier?

 Ilia spojrzał Pawłowi prosto w oczy, a na stół rzucił pustą, pordzewiałą skrzynkę po amunicji.

– To były ostatnie naboje mojego otca. Zostało mi dokładnie pięć sztuk. Pięć strzałów, żeby utrzymać potwora w lesie. A potem… potem ten las przestanie być więzieniem.

 Robert poprawił się na skórzanej kurtce, która głośno skrzypnęła w sterylnej ciszy schronu. Spojrzał na pięć błyszczących tubek ułożonych na blacie, a potem przeniósł wzrok na zmęczoną twarz Rosjanina. W jego głowie, przyzwyczajonej do bieszczadzkiej logiki lasu i tropienia zwierzyny, natychmiast pojawiło się kluczowe, czysto praktyczne pytanie.

– Gdzie on jest teraz? – zapytał szorstko Robert, opierając dłonie na kolanach. – Przecież nie stoisz nad nim dwadzieścia cztery godziny na dobę. Jesteś sam, Ilia. Musisz kiedyś spać, zjeść, przynieść wodę. Jak go kontrolujesz, kiedy zamykasz te drzwi i kładziesz się na pryczy?

 Ilia spojrzał na niego spod zmrużonych powiek, a potem powoli podszedł do piecyka, żeby sprawdzić cug. Ciepłe, pomarańczowe światło z paleniska na moment rozjaśniło jego profil, uwypuklając głębokie bruzdy na policzkach.

– Teraz on siedzi w piekle, tam gdzie jego miejsce – mruknął cicho Rosjanin, nie odwracając głowy. – W Obiekcie 3002. Na samym dnie, w zalanych betonowych korytarzach, pod dwoma metrami lodowatej wody.

 Mężczyzna odwrócił się z powrotem do stołu i wskazał palcem na dymiący jeszcze pistolet sygnałowy.

– Ten dźwięk, który słyszeliście przy magazynach, nie tylko go straszy. Dla jego zmutowanego układu nerwowego ten rezonans to jak potężny, elektryczny elektrowstrząs. Kiedy gaz przeciska się przez aluminiowe kanały, w mózgu potwora eksploduje cała tamta radziecka trauma. Dostaje potwornego ataku migreny, traci orientację, a jego ciało przestaje pompować noradrenalinę. Śluz znika. W jednej sekundzie z morderczego drapieżnika zamienia się w przerażone, skrzywdzone zwierzę, które szuka tylko jednego – ciemności i bezpiecznej nory.

 Ilia usiadł z powrotem na krześle, opierając łokcie o blat. Jego głos stał się nienaturalnie chłodny, niemal mechaniczny, gdy opisywał zwyczaje mutanta.

– Obiekt 3002 to jego dom. Tam się urodził i tam zawsze wraca po każdym strzale. Wskakuje do szybu wentylacyjnego, schodzi do zalanych piwnic i kładzie się na dnie, w kompletnej ciemności. Lodowata woda chłodzi jego przegrzany organizm. Leży tam jak kłoda, bez ruchu, przez sześć, czasem osiem godzin. Nie oddycha, jego serce bije może trzy razy na minutę. Hibernuje. W ten sposób regeneruje siły i czeka, aż ból w głowie minie.

 Paweł, który do tej pory milczał, analizując biochemiczne fakty, uniósł głowę.

– Więc po każdym strzale masz kilka godzin spokoju? – upewnił się inżynier.

– Da – skinął głową Ilia, bezlitośnie patrząc Pawłowi prosto w oczy. – Mam dokładnie tyle czasu, ile trzyma go paraliż. Zazwyczaj to wystarcza, żebym wrzucił padlinę za zapory z wapna, sprawdził potykacze i wrócił tutaj, żeby złapać trochę snu. Dlatego mówię wam: teraz mamy okno. Potwór leży na dnie stacji pomp, zablokowany własnym strachem. Ale z każdym rokiem on budzi się szybciej. Kiedyś po jednym naboju spał całą dobę. Teraz wystarczy mu kilka godzin. Jego mózg powoli uczy się, że ten ryk to tylko wspomnienie, a nie prawdziwy ból. I kiedy te pięć sztuk na stole się skończy, albo kiedy on przestanie się ich bać… wyjdzie stamtąd na dobre. A ja nie będę miał już czym go zawrócić.

 Robert spojrzał na ciężkie, stalowe drzwi, za którymi jeszcze niedawno ujadała wataha, a potem przeniósł wzrok z powrotem na Rosjanina.

– A te kundle na zewnątrz? – zapytał cicho bieszczadzki leśnik. – Spotkał się kiedyś z tymi hybrydami w lesie? Jak wyglądało to spotkanie?

 Ilia wypuścił resztkę dymu i zgasił niedopałek o krawędź żeliwnego piecyka. Na jego twarzy pojawił się ponury, niemal makabryczny wyraz twarzy, jakby odtwarzał w pamięci film grozy.

– Tylko raz – odpowiedział cicho Rosjanin. – Dwa lata temu, w mroźną zimę. Śniegu było po pas, zwierzyna uciekła, hybrydy były głodne i wściekłe. Zgłupiały z tego głodu. Otoczyły go na bagnach, na północy sektora. Myślały, że to zwykły drapieżnik, może samotny, stary wilk, którego da się zaszczuć watahą. Kiedy na niego skoczyły, w jego ciele eksplodowała furią. Ten wasz kwas, ten czarny śluz, zaczął tryskać z jego skóry jak z pękniętego węża hydraulicznego. Rozumiecie, co to znaczy? Pierwsze psy, które go ugryzły, momentalnie straciły pyski i oczy, kwas wypalił im gardła od środka. A on… on nawet nie poczuł ich zębów. Rozrywał te hybrydy gołymi rękami, łamał im karki jak suche patyki, a ich krew mieszała się z tym dymiącym śluzem w śniegu. Znalazłem to miejsce następnego dnia. Białego śniegu nie było, tylko wielka, czarna, wypalona plama, dymiące błoto i stopione kości. Od tamtej pory te kundle doskonale wiedzą, kto tu jest carem. Chodzą za nim jak sępy, z daleka, jedzą to, co on zostawi. Boją się go bardziej niż ognia.

 Na takich opowieściach, rzucanych szorstko między jednym a drugim głębokim zaciągnięciem się papierosem, minęło im kilka godzin. Rozmawiali o topografii Sektora Czwartego, o starych radzieckich instalacjach i o tym, jak kruchy stał się ten cały układ. Paweł pytał o strukturę Obiektu 3002, próbując jako inżynier poukładać sobie w głowie plan podziemi, ale Ilia dawkował informacje niechętnie, wciąż traktując ich jak intruzów, którzy przynieśli ze sobą nieszczęście.

 Nagle, gdzieś koło trzeciej nad ranem, Rosjanin gwałtownie zamarł. Uniósł dłoń, nakazując im absolutną ciszę. Jego całe ciało napięło się jak struna. Obrócił głowę w stronę sufitu, a potem w stronę szczelin wentylacyjnych, nadsłuchując z otwartymi ustami, jakby próbował wyłapać wibracje powietrza niedostępne dla zwykłych ludzi.

 W schronie panowała martwa, duszna cisza. Słychać było tylko daleki, monotonny szum wiatru i gdzieś z głębi lasu niemal niesłyszalny, głęboki, basowy pomruk, który bardziej wibrował w betonowej podłodze, niż faktycznie docierał do uszu.

 Ilia powoli opuścił rękę i spojrzał na nich, a w blasku dogasającej lampy naftowej jego twarz wydawała się całkowicie blada i zacięta.

– Czas minął – powiedział cicho, a jego głos nie znosił sprzeciwu. – Woda w stacji pomp zaczyna drżeć. Paraliż puszcza. On zaraz zacznie się ruszać, podniesie się z dna i wyjdzie na powierzchnię, a wtedy będzie potwornie głodny i wściekły za ten strzał przy magazynach. Idźcie już, póki mgła jest gęsta i hybrydy schowały się w nory. Macie godzinę, żeby dojść do swojego samochodu i wyjechać z tego lasu.

 Wstał, podszedł do ciężkich wrót i energicznym ruchem odsunął stalowy rygiel. Zimne, wilgotne powietrze marcowej nocy natychmiast wdarło się do środka, mrożąc im twarze. Ilia stanął w przejściu, trzymając dłoń na pistolecie sygnałowym, i spojrzał na Pawła z góry, z absolutną, lodowatą powagą.

– I słuchaj mnie uważnie. To wasze ostatnie ostrzeżenie – syknął szorstko, a jego rosyjski akcent stał się jeszcze bardziej wyraźny. – Pakujcie manatki i wracajcie do siebie. Jeśli jeszcze raz zobaczę was przy zaporach z wapna, jeśli jeszcze raz wasze buty dotkną Sektora Czwartego, nie będę marnował na was naboju. Zostawię was jemu. I uwierz mi, to nie będzie szybka śmierć. Żyjcie i nie wracajcie tu więcej.

 Zanim Paweł zdążył odpowiedzieć, Ilia wypchnął ich na rdzawą rampę przeładunkową i zamknął za nimi drzwi. Ciężki rygiel zgrzytnął po drugiej stronie, zostawiając leśników samych w gęstej, lodowatej mgle, która otulała budynki starych magazynów.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *