Czwarty Sektor. Cz. 19
Rzucili papierową torbę z konserwami na tylne siedzenie pick-upa. Choć nad miasteczkiem gwałtownie zapadał zmierzch, żaden z nich nie pomyślał o powrocie do bezpiecznego mieszkania Tomka. Pogoda przypominała o sobie lodowatym, przenikliwym chłodem, a wilgotne powietrze dosłownie gryzło w policzki, gdy skręcali w wyboistą, zarośniętą drogę prowadzącą w stronę starych radzieckich magazynów numer cztery. Zostawili samochód kilkaset metrów wcześniej, ukryty w gęstwinie młodnika, i dalej ruszyli pieszo.
Szli powoli, starając się rozładować wiszące w powietrzu napięcie rozmową o bzdurach.
– Mówię ci, jak nadleśniczy dowie się o tym lewym urlopie, to w najlepszym wypadku ześle mnie na liczenie mrowisk w najgłębsze bagna bieszczadzkie – mruknął Robert, poprawiając na ramieniu pasek ciężkiego plecaka. – Przez trzy miesiące będę żył tylko na chlebie i wodzie z potoku.
– Przynajmniej będziesz miał świeże powietrze – zażartował blado Paweł, choć jego wzrok bez przerwy lustrował gęstniejący mrok między sosnami. – Poza tym, z twoją masą, krótka dieta dobrze ci zrobi na kolana.
– Ty się o moje kolana nie martw, inżynierku. Martw się o to, żebyśmy nie musieli stąd uciekać sprintem, bo w tych gumowych osłonach z opon wyglądamy jak cholerne mutanty.
Robert zaśmiał się cicho, ale śmiech nagle uwiązł mu w gardle. Obaj zatrzymali się w ułamku sekundy.
Gdzieś po prawej stronie, nie dalej niż dwadzieścia metrów od nich, w gęstwinie suchych gałęzi, rozległ się wyraźny dźwięk. Krok. Ciężki, dwunożny, łamiący zeschły chrust.
Zamarli bez ruchu, wstrzymując oddech. Przez kilka uderzeń serca panowała absolutna, duszna cisza, przerywana jedynie szumem wiatru w koronach drzew. A potem dźwięk powrócił. Najpierw powolny, ostrożny, jakby coś badało ich pozycję, a sekundy później gwałtownie przyspieszył.
W ciemności wokół nich zaczęło się dziać coś przerażającego. Coś biegało wkoło, zataczając coraz węższe kręgi w gęstwinie. Słyszeli ciężkie, drapieżne stąpnięcia, szelest gałęzi i urwany, mokry oddech, który z każdą sekundą wydawał się bliższy. To nie był zwierzak. Prędkość i zwinność, z jaką ta potężna, humanoidalna sylwetka przemykała między pniami w absolutnym mroku, paraliżowała zmysły.
Robert instynktownie uniósł okuty pręt, stając plecami do Pawła. Paweł zacisnął zwiotczałe z przerażenia palce na latarce, przygotowując się na najgorsze, czując, że potwór jest już zaledwie kilka kroków od skoku z mroku prosto na ich gardła.
I wtedy powietrzem wstrząsnął potężny, ogłuszający huk. To nie był zwykły wystrzał z broni palnej. To był ten sam przeciągły, metaliczny, niskoczęstotliwościowy ryk, który Paweł słyszał na pustej ulicy w Bornem. Potworny dźwięk imitujący zatrzaskiwanie ciężkich, hydraulicznych wrót schronu. Fala akustyczna była tak silna, że aż zabolały ich bębenki w uszach, a powietrze wokół zadrżało.
Bieganie w gęstwinie ustało w jednej sekundzie. Usłyszeli tylko paniczny, chaotyczny trzask łamanych gałęzi, gdy przerażona bestia, uderzona w sam środek swojej neurologicznej traumy, rzuciła się do szalonej ucieczki w głąb Sektora Czwartego.
Z mroku, spowity dymem z aluminiowego naboju, wyłonił się wysoki mężczyzna. Był ubrany całkowicie na czarno, miał na sobie ten sam ciężki, gumowany płaszcz ochronny, który widzieli na zdjęciu, ale pordzewiała maska spawalnicza wisiała mu teraz luźno na piersi. W prawej dłoni trzymał jeszcze dymiący, krótki pistolet sygnałowy. Jego twarz była smagła, pokryta głębokimi bruzdami i zacięta wściekłością.
Spojrzał na nich nienawistnym wzrokiem, a gdy się odezwał, jego głos był szorstki, niski i skażony twardym, zniecierpliwionym rosyjskim akcentem.
– Kuda wy idziecie, durnie?! – warknął, podchodząc o krok i celując w ziemię rozgrzaną rakietnicą. – Co wy tu, diabły, po ciemku szukacie? Śmierci wam za mało w tym mieście? Ja wam życie ratuję, a wy jak barany wracacie prosto w jej paszczę! Po zmroku ten las nie należy do ludzi. Wynosić się stąd, pokuda wy jeszcze cali!
Paweł i Robert stali jak wryci. Adrenalina, która jeszcze sekundę temu rozsadzała im żyły, teraz nagle zamienia się w ołów. Wpatrywali się w stojącego przed nimi mężczyznę z absolutnym niedowierzaniem, niezdolni do wyduszenia z siebie choćby jednego słowa. Latarka w dłoni Pawła drżała tak mocno, że snop światła chaotycznie skakał po gumowanym, czarnym płaszczu nieznajomego, wyrywając z mroku plamy błota i głębokie zacieki po kwasie.
To było całkowicie nierealne. Człowiek, którego widzieli na ziarnistym zdjęciu stał teraz przed nimi, żywy, wściekły i głośny.
Robert powoli, niezwykle ostrożnie opuścił swój okuty pręt, ale jego dłoń w grubej rękawicy wciąż była napięta. Spojrzał na smagłą, twardą twarz Rosjanina, a potem na pistolet sygnałowy, z którego lufy w chłodnym, marcowym powietrzu unosiła się jeszcze cienka smużka szarego dymu. Przez głowę leśnika przemykała tylko jedna myśl: ten facet naprawdę kontroluje potwora za pomocą jednej ręki.
Mężczyzna zmrużył oczy, widząc ich całkowity paraliż. Jego gniew nie minął, ale wściekłość ustąpiła miejsca głębokiej, zmęczonej irytacji. Podszedł o krok bliżej, a zapach spalonej izolacji i siarki uderzył chłopaków w twarze.
– No? Języki wam w durnych łbach pokurczyło? – warknął ciszej, chowając rakietnicę do głębokiej kieszeni płaszcza. – Myślicie, że to zabawki? Ten dźwięk… – wskazał palcem w głąb ciemnego lasu, gdzie przed chwilą uciekał mutant – …to nie lekarstwo. To tylko strach. A strach mieniajetsia. Jak on zrozumie, że za tym hukiem nie idzie ból, to te wasze gumowe opony na nogach zje razem z mięsem.
Paweł w końcu przełknął ślinę. Suchość w gardle paliła go jak ogień.
– Ty… ty byłeś wtedy w Bornem – wykrztusił, a jego głos brzmiał obco i pusto w głuchej ciszy nocy. – Pod blokiem Tomka.
Rosjanin spojrzał na Pawła, a w jego ciemnych oczach błysnął cień rozpoznania. Przeniósł wzrok na ich ciężkie, improwizowane kombinezony, na worki z wapnem wystające z plecaków, i na jego twarzy pojawił się ponury, zawadiacki uśmiech.
– A, to ty… Ten, co to biega na pustą ulicę w deszczu, jakby rozumu w ogóle nie miał – mruknął, spluwając pod nogi. – Gdyby nie mój nabój, twój koleżka z nadleśnictwa zeskrobywałby cię z asfaltu. I po co tu wracacie? Czego szukacie w tym lesie? Tam nie ma nic prócz śmierci i tego, co mój ojciec tam kiedyś zamknął.
Wiatr zaszumiał mocniej w koronach świerków, a gdzieś z oddali, od strony zalanego Obiektu 3002, dobiegło długie, przeciągłe wycie. To nie był mutant. To były hybrydy. Akustyczny wybuch z rakietnicy poderwał na nogi całą watahę zdziczałych drapieżników.
Rosjanin gwałtownie odwrócił głowę, nasłuchując. Kiedy z powrotem spojrzał na Pawła i Roberta, w jego głosie nie było już złości. Był tylko czysty, wojskowy pośpiech.
– Hybrydy idą na zapach prochu. Zaraz tu będą, a one wapna się nie boją – rzucił krótko, naciągając maskę spawalniczą z powrotem na twarz. – Za mną, jeśli wam życie miłe. Albo wracajcie do swojego samochodu i módlcie się, żeby maszyna odpaliła za pierwszym razem.
Obrócił się na pięcie i bezszelestnie, jak na człowieka o tak potężnej posturze, ruszył w stronę starych, betonowych magazynów, natychmiast wtapiając się w gęstniejącą mgłę.