Czwarty Sektor. Cz. 20

 Długie, gardłowe wycie rozległo się ponownie, tym razem znacznie bliżej, a zaraz po nim z mroku dobiegło głuche szczekanie kilku gardłowych głosów. Wataha hybryd nie marnowała czasu. Biegły prosto na nich, zwabione echem akustycznego wystrzału.

 Paweł nie czekał ani sekundy. Instynkt przetrwania i chorobliwa wręcz potrzeba uzyskania odpowiedzi pchnęły go do przodu. Zrobił gwałtowny krok w stronę gęstniejącej mgły, próbując utrzymać w zasięgu wzroku czarną sylwetkę oddalającego się Rosjanina.

 W tym samym momencie potężna, ciężka dłoń Roberta zacisnęła się na jego ramieniu, niemal wyrywając go z butów. Bieszczadzki leśnik szarpnął nim z siłą, która nie znosiła sprzeciwu, obracając go w zupełnie przeciwnym kierunku.

– Zwariowałeś?! – syknął Robert, a w jego oczach malował się czysty, pierwotny gniew zmieszany z panicznym pośpiechem. – Auto stoi tam! Słyszysz te kundle? Wracamy do pick-upa i spieprzamy stąd, póki jeszcze mamy nogi! Nie będziemy biegać po nocy za jakimś uzbrojonym Ruskiem!

– Robert, pomyśl! – Paweł desperacko wyrwał ramię z jego uścisku, choć brakowało mu tchu. – Słyszałeś Henryka, te hybrydy nie boją się ludzi. Jeśli uciekniemy do auta, otoczą nas na tej leśnej drodze. Jeśli ten pick-up nie odpali od strzału, jesteśmy martwi! Ten facet jako jedyny wie, jak tu przeżyć!

 Kolejny chór wycia, tym razem rozproszony po obydwu stronach zagajnika, brutalnie uciął ich dyskusję. Drapieżniki zaczynały ich oskrzydlać. Robert zaklął siarczyście, prosto w zimne, marcowe powietrze. Przez ułamek sekundy patrzył w stronę, gdzie w głębi mroku powinien stać ich samochód, ale las tam wydawał się teraz jedną, wielką pułapką. Spojrzał na Pawła, wiedząc, że choćby miał go bić do nieprzytomności, nie zostawi przyjaciela samego w tej gęstwinie.

– Jeśli przez niego zginiemy, inżynierku, osobiście cię tam u góry uduszę! – warknął leśnik, puszczając go wreszcie. – Ruchy, biegniemy!

 Ruszyli ramię w ramię, przedzierając się przez gęste krzaki i przeskakując nad zwalonymi pniami. Ich improwizowane pancerze z opon i ołowianych płacht były piekielnie ciężkie i krępowały ruchy, sprawiając, że każdy krok wymagał ogromnego wysiłku. Gumowe osłony na nogach uderzały o siebie z głuchym łomotem, a zdrętwiałe od zimna płuca paliły żywym ogniem przy każdym wdechu.

 Przed nimi, niczym czarny, nieuchwytny cień, poruszał się Strażnik. Mimo potężnej postury i ciężkiego płaszcza, Rosjanin szedł z przerażającą, nieludzką wręcz lekkością, idealnie omijając suche gałęzie i niewidoczne w mroku dziury w ziemi. Ani razu się nie obejrzał, jakby doskonale wiedział, że strach i tak zmusi ich do biegu za nim.

 Mgła wokół nich zaczęła się rwać, ustępując miejsca ogromnym, betonowym płaszczyznom. Przed nimi wyrosły potężne, rdzewiejące rampy przeładunkowe i ponure, geometryczne bryły starych magazynów wojskowych numer cztery. Gdzieś z tyłu, tuż na granicy lasu, gałęzie zatrzeszczały pod ciężarem potężnych łap drapieżników, a w powietrzu rozniósł się niski, warczący pomruk watahy, która właśnie zorientowała się, że jej ofiary uciekają w stronę betonowych zabudowań.

 Wpadli przez wąskie, pancerne drzwi ukryte w głębi rampy przeładunkowej, a Rosjanin natychmiast zasunął za nimi ciężką, stalową rygiel. Głuchy łomot rygla odciął ich od szalejącego na zewnątrz lasu. Kilka sekund później w grubą blachę uderzyły pierwsze pędzące ciała drapieżników, a zza wrót dobiegło wściekłe, stłumione drapanie pazurów i zawiedzione skomlenie watahy. Byli bezpieczni, przynajmniej na razie.

 Paweł i Robert osunęli się na betonową podłogę, gwałtownie łapiąc powietrze. Ciężkie ołowiane płachty i gumowe osłony ciążyły im teraz niemiłosiernie, a pot zalewał im oczy. Znaleźli się w czymś, co wyglądało na dawną izbę schronową dla wartowników, zaadaptowaną na prymitywne, ale zadziwiająco zorganizowane obozowisko. W powietrzu unosił się zapach nafty, starego filcu, tytoniu i suszonych ziół, wymieszany z metaliczną nutą smaru do broni.

 Rosjanin nie zwracał na nich uwagi. Podszedł do małego, żeliwnego piecyka stojącego w kącie pomieszczenia, na którym tliły się jedynie rozżarzone węgle, i wprawnym ruchem dorzucił do środka kilka suchych, pozbawionych kory szczap dociskanych tak, by nie tworzyły dymu.

 Paweł uniósł drżącą dłoń i skierował snop światła latarki prosto na gospodarza. W żółtawym, jasnym kręgu reflektora zniknęły mroczne domysły i legendy, które wokół niego narosły. Na zdjęciu Maćka i w opowieściach Henryka jawił się jako stary, zniszczony wiekiem i samotnością duch dawnej armii. Teraz jednak, bez maski spawalniczej i kaptura, zobaczyli go z bliska.

 Mężczyzna wcale nie był stary. Miał najwyżej czterdzieści lat. Głębokie bruzdy na jego twarzy, które wcześniej brali za zmarszczki starości, okazały się siatką starych blizn po oparzeniach chemicznych oraz śladami po wieloletnich, surowych odmrożeniach od pomorskich zim. Pod grubą warstwą kilkudniowego zarostu kryła się mocna, kwadratowa szczęka i ostre, wojskowe rysy faceta w sile wieku. Jego ruchy były sprężyste, silne i pozbawione jakiejkolwiek starczej ociężałości. Jedynie jego oczy, głęboko osadzone, ciemne i nienaturalnie zmęczone, miały w sobie ciężar kogoś, kto widział rzeczy zdolne złamać najtwardszy umysł.

 Mężczyzna zmrużył oczy przed jasnym światłem i uniósł dłoń, nakazując Pawłowi opuszczenie latarki.

– Zgaś to. Ślepy jesteś, czy co? – mruknął szorstko, podchodząc do drewnianego stołu, na którym stała prosta, naftowa lampa. Skręcił knot tak, by dawała jedynie minimalny blask, ledwo rozpraszający mrok schronu. – Światło w oknach to śmierć. Nawet tutaj, za metrem betonu, trzeba uważać.

 Robert powoli wstał z podłogi, wciąż trzymając pręt w pogotowiu, choć czuł, że w tym pomieszczeniu nie zda się on na nic. Przyjrzał się gospodarzowi z bliska, mierząc wzrokiem jego szerokie ramiona i precyzję, z jaką odkładał pistolet sygnałowy na półkę obok starych, radzieckich masek przeciwgazowych.

– Kim ty jesteś? – zapytał wprost bieszczadzki leśnik, ignorując twardy ton Rosjanina. – I co ty tutaj właściwie robisz?

 Mężczyzna usiadł ciężko na zbitym z desek zniekształconym krześle i spojrzał na nich spod zmrużonych brwi. Przez dłuższą chwilę milczał, a w schronie słychać było jedynie miarowe trzaskanie drewna w piecyku i odległe, cichnące skomlenie hybryd za stalowymi drzwiami.

 Wyciągnął z kieszeni płaszcza pogniecioną paczkę mocnych, tanich papierosów bez filtra. Potarł zapałkę o burtę żeliwnego piecyka, a rozbłysk ognia na moment mocniej oświetlił jego ponure, zacięte rysy. Wypuścił gęsty, niebieskawy dym w stronę sufitu, a jego wzrok utknął gdzieś na migoczącym knocie lampy naftowej.

– Ilia – mruknął w końcu, jakby samo wypowiedzenie własnego imienia sprawiało mu ból. – Tak na mnie mówią. A co tu robię? Pilnuję dziedzictwa mojego otca. Karmy dla grzechów Związku Radzieckiego.

 Paweł i Robert usiedli powoli na starych, drewnianych skrzyniach po amunicji, nie odrywając od niego wzroku. Rosjanin zaciągnął się mocno, a jego głos, choć cichy, zdawał się wibrować w betonowych ścianach schronu.

– Mój ociec, on był tu starszym naukowcem, wojskowym lekarzem w Obiekcie 3002 – zaczął Ilia, a jego twardy akcent ciął ciszę jak nóż. – Kiedy ja był mały chłopiec, Borne to nie była polska ziemia. To było nasze miasto. Sklepy, szkoły, kina, tysiące żołnierzy. Moje dzieciństwo… ja pamiętam ten las, kiedy jeszcze tętnił życiem. Ale ociec nie wracał na noce do domu. Siedział tam, pod ziemią, w stacji pomp. Oni tam robili rzeczy, od których ściany w piekle by się spociły. Chcieli stworzyć żołnierza idealnego, odpornego na wszystko. Wzięli człowieka, zwykłego więźnia z łagru, i zmienili jego krew w kwas, a mózg w furię. A potem wszystko zaczęło się sypać.

 Ilia zamilkł na chwilę, a na jego twarzy odznaczyły się cienie starych blizn. Wspomnienia ewidentnie go paliły.

– Przyszedł dziewięćdziesiąty drugi rok. Nakaz z Moskwy: ewakuacja. Wszystko wywieźć, co się da, a resztę zabetonować, zniszczyć, ślady zatrzeć. Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Totalny chaos. Żołnierze pakowali skrzynie, kobiety płakały, pociągi czekały na stacji. Mój ociec wrócił wtedy do mieszkania blady jak trup. Jego koledzy zalewali wejścia do Obiektu 3002 tysiącami ton betonu. Myśleli, że żywcem pogrzebią to monstrum na dnie zalanych korytarzy. Ale ociec wiedział. On to coś badał, on znał tę anatomię. Wiedział, że beton skruszeje, że grodzie pękną, a to coś nie zdechnie, bo to już nie był człowiek. To była maszyna do przetrwania.

 Rosjanin rzucił niedopałek na ziemię i przygniótł go ciężkim butem. Spojrzał Pawłowi prosto w oczy, a w jego spojrzeniu było coś przerażająco, choć opowiadał o wydarzeniach z czasów, gdy był dziecku.

– Ociec wziął mnie wtedy za ramiona. Mocno, aż palce mi sine zrobili. Ja miałem może sześć, siedem lat. Płakałem, bo się bałem. A on patrzył na mnie i zmusił mnie, żebym klęknął. Wymusił na mnie przysięgę. Świętą, wojskową przysięgę, że ja tu zostanę. Że nigdy, słyszycie, nigdy nie pozwolę, żeby ten mutant wyszedł z Sektora Czwartego i zrobił komuś krzywdę. Powiedział mi: 'Iliuszka, to nasz grzech. Ty musisz go pilnować. Jak ty zawiedziesz, krew tych ludzi będzie na naszych rękach’.”

 Robert poruszył się niespokojnie na skrzyni, a jego głęboki głos przeciął pełne napięcia milczenie.

– I tak po prostu cię tu zostawił? Samego dzieciaka w obcym kraju?

 Ilia pokręcił powoli głową, a na jego ustach pojawił się smutny, blady uśmiech.

– Ociec nie był potworem. On wiedział, co na nas czeka w Moskwie. Związek Radziecki właśnie zdechł. W Rosji zaczynała się bida, mafie, rozpad armii. A dla ludzi z tajnych projektów, takich jak mój ociec, w Moskwie nie było miejsca. Tam czekała na niego albo kula w potylicę od służb, żeby zamknąć mu gębę, albo głodowa śmierć w rynsztoku. Chciał mnie ratować. Miał tutaj, pod Bornem, zaprzyjaźnioną polską rodzinę. Starzy leśnicy, dobrzy ludzie. Pomagali nam, handlowali z nami za czasów bazy. Ociec oddał im wszystkie nasze oszczędności, złoto, dokumenty. Poprosił, żeby mnie ukryli, wychowali jak swojego, dali polskie nazwisko. I oni to zrobili. Chronili mnie, dali mi dom.

 Mężczyzna wstał, podszedł do szafki i wyciągnął z niej garść aluminiowych nabojów akustycznych, układając je metodycznie na stole jeden po drugim.

– Dorastałem z tą przysięgą w sercu. Kiedy stałem się dorosłym chłopem, polska rodzina umarła, a ja wróciłem tam, gdzie moje miejsce. Do lasu. Ociec zostawił mi w skrytce rakietnicę, plany laboratoriów i całe zapasy tych nabojów rezonansowych. Wiedział, że mutant boi się dźwięku zamykanych wrót schronu, bo to była jedyna rzecz, która kojarzyła mu się z bólem i karą podczas testów. I tak od lat żyję jak duch. Karmię go padliną, żeby nie musiał polować blisko miasta. Odciągam go dźwiękiem, kiedy zbliża się do zapór z wapna. Robię to, co ociec mi kazał. Ale teraz wy weszliście w środek mojej raboty. I wasza ciekawość zaraz was wszystkich zabije.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *