Czwarty Sektor. Cz. 23
Wbiegli na klatkę schodową, tłukąc ciężkimi, obłożonymi oponami butami o betonowe stopnie.Byli całkowicie wycieńczeni, a lodowaty pot spływał im po plecach pod kurtkami. Tomek otworzył drzwi, zanim zdążyli w ogóle unieść dłoń, by zapukać. Całą noc spędził przyklejony do okna, odchodząc od zmysłów z przerażenia, że jego przyjaciele zniknęli bez śladu w mrocznym Sektorze Czwartym. Jego twarz miała barwę brudnej kredy, a oczy były nienaturalnie wielkie, przeżarte paranoją i brakiem snu.
Zaniepokojony Tomek złapał Pawła za rękaw i wciągnął go do przedpokoju, zatrzaskując drzwi i przekręcając zamek trzy razy.
– Żyjecie… Chryste, myślałem, że już po was – wykrztusił Tomek, a jego głos drżał z czystej ulgi. – Nigdzie nie mogłem was znaleźć, telefony wyłączone, w lesie coś ryczało koło magazynów… Co tam się działo, do cholery? Znaleźliście coś?
Robert i Paweł w milczeniu zaczęli zrzucać z siebie potwornie ciężkie pancerze. Płachty ołowiu i rzemienie z głośnym rymnięciem spadły na parkiet, a zgrzyt gumy o podłogę brzmiał w tej ciszy dziwnie przyziemnie. Robert usiadł ciężko na szafce na buty, aż stary mebel zajęczał pod jego ciężarem. Otarł twarz wierzchem dłoni i spojrzał na Tomka z głębokim, ponurym poważaniem.
– Usiądź, Tomek – powiedział cicho Paweł, kładąc koledze dłoń na ramieniu – Usiądź i posłuchaj, bo to, co tam znaleźliśmy, zmienia absolutnie wszystko.
Tomek powoli opadł na krzesło w kuchni, wpatrując się w nich w napięciu. Paweł nalał do trzech kubków resztki zimnej kawy z dzbanka i usiadł naprzeciwko niego.
– Spotkaliśmy go, Tomek. Tego faceta ze zdjęcia – zaczął Paweł, zniżając głos do szeptu. – Ma na imię Ilia. To nie jest żaden dzieciak od urbexu ani zbieracz złomu. Ma około czterdziestu lat, a jego ojciec był jednym z głównych naukowców armii radzieckiej w Obiekcie 3002. Kiedy Rosjanie uciekali stąd w dziewięćdziesiątym drugim roku i zalewali bunkry betonem, ojciec wymusił na nim, wtedy małym dziecku, świętą przysięgę. Zostawił go tutaj, pod Bornem, u zaprzyjaźnionej polskiej rodziny, żeby pilnował tego lasu. Bo to, co tam pod ziemią wyhodowali… nie zdechło.
Tomek przełknął ślinę, a jego wzrok uciekł w stronę zamkniętego laptopa na stole.
– To… to stworzenie? – szepnął.
– Tego nie da się zabić, Tomek – wtrącił szorstko Robert, opierając się o framugę drzwi kuchennych. – Rusek opowiedział nam wszystko. Kiedy w dziewięćdziesiątym drugim dostali rozkaz likwidacji projektu, wpakowali w tego mutanta cały pluton egzekucyjny. Strzelali z kałachów, palili miotaczami ognia. Ten czarny śluz, który zostawił na twoich drzwiach, to nie jest zwykły kwas. To żywa tkanka, potężny biologiczny katalizator. Kiedy rani się to monstrum, kwas momentalnie zalewa rany i zmusza komórki do takiej regeneracji, że mięso zrasta się na oczach lekarzy. Im więcej w niego ładujesz, tym szybciej się goi i tym bardziej wpada w szał. Dlatego wrzucili go do stacji pomp i zniszczyli grodzie, licząc na to, że woda i cement utrzymają go na dnie na zawsze.
– Ale beton skruszał – dokończył Paweł, wpatrując się w swój kubek. – Przez trzydzieści lat mutant znalazł szczeliny i wyszedł na powierzchnię. Ilia kontroluje go tylko dlatego, że nosi przy sobie naboje akustyczno-rezonansowe, które imitują ryk hydraulicznych wrót laboratorium. To jedyna rzecz, której ta bestia się boi, bo kojarzy jej się z potworną traumą i bólem z czasów radzieckich testów. Ten ryk dosłownie paraliżuje jej układ nerwowy, a potwór przerażony ucieka na dno zalanej stacji pomp i hibernuje w lodowatej wodzie przez kilka godzin. Wtedy Ilia ma czas, żeby podrzucić mu padlinę, sprawdzić pułapki i utrzymać go w strefie.
Tomek podniósł głowę, a w jego oczach na moment błysnęła nadzieja.
– To… skoro ten Ilia ma te naboje, to znaczy, że panuje nad sytuacją, prawda? Odciąga go.
Paweł pokręcił powoli głową, a jego głos stał się przerażająco zimny.
– Zostało mu pięć nabojów, Tomek. Pięć sztuk na stole. Te radzieckie zapasy się kończą, a mutant z każdym rokiem budzi się szybciej, bo jego mózg adaptuje się do tego strachu. Ilia powiedział jasno: kiedy naboje się skończą, las przestanie być więzieniem. I wiesz co? On ma do nas potężne pretensje. Powiedział, że to przez twoje zabawy z telemetrią i obrożami rysia mutant wyczuł ludzi na granicy sektora. Rozsierdziłeś go, Tomek. Przez nas potwór przyszedł pod twój blok, a Ilia musiał ryzykować wejście do miasta, żeby strzelić mu pod nogami i uratować mi skórę.
Robert podszedł bliżej stołu i skrzyżował potężne ramiona na piersi.
– Rusek dał nam godzinę na ucieczkę i zapowiedział, że jak jeszcze raz zobaczy nas w Sektorze Czwartym, to nie zmarnuje na nas ani jednego naboju. Zostawi nas bestii na pożarcie. Czas się kurczy, Tomek. Kiedy odjeżdżaliśmy, paraliż mutanta właśnie puszczał. Słyszeliśmy jego pomruk. On wstał z dna stacji pomp i właśnie zaczyna łowy.