Upiory z kresowych mogił. Jak powstanie Chmielnickiego karmiło ludowy strach przed umarłymi

Są takie miejsca w historii, gdzie ziemia przestaje być tylko ziemią. Staje się pamięcią. Milczącą, ciężką, wilgotną od deszczu i od krwi, przykrytą trawą, której nikt nie ma odwagi kosić. Na dawnych Kresach takich miejsc było wiele. Stare kopce, zapomniane cmentarze, mogiły przy drogach, krzyże na rozstajach, kurhany, o których jedni mówili, że leżą tam wojownicy, inni, że ofiary rzezi, a jeszcze inni, że lepiej nie pytać, bo kto pyta o umarłych, ten może ich obudzić.

 Kiedy czytamy o powstaniu Chmielnickiego, najczęściej widzimy wielką historię: kozaków, szlachtę, magnatów, tatarów, Rzeczpospolitą, polityczne błędy, bunty, bitwy, odwet, spalone dwory i miasta. Władysław A. Serczyk w książce „Na płonącej Ukrainie. Dzieje Kozaczyzny 1648–1651” pokazuje ten czas jako moment gwałtownego pęknięcia całego świata pogranicza. Natalia Jakowenko w „Historii Ukrainy do 1795 roku” patrzy na ten sam okres z perspektywy ukraińskiej, jako na jeden z najważniejszych momentów tworzenia się pamięci kozackiej i ukraińskiej. Ale obok wielkiej historii istniała jeszcze historia mała, szeptana. Ta, która nie zawsze trafiała do kronik. Historia ludzi, którzy po zmroku bali się przejść obok mogiły.

 Bo dla zwykłego mieszkańca kresowej wsi powstanie Chmielnickiego nie było wyłącznie wydarzeniem politycznym. Było końcem znanego porządku. Było ucieczką przez pola, nocnym chowaniem dzieci, dymem nad dworem, pustą cerkwią, trupami przy gościńcu, pogrzebami bez księdza, grobami kopanymi pośpiesznie, czasem nawet bez imienia. I właśnie tam, w tej szczelinie między śmiercią a pamięcią, rodziły się opowieści o upiorach.

 Dawny upiór nie był eleganckim hrabią w pelerynie. Nie przypominał literackiego wampira z zamku, który ukazuje się damom przy świecach. Był znacznie bardziej swojski, a przez to straszniejszy. Mógł być sąsiadem, krewnym, żołnierzem, dzieckiem zmarłym nagle, człowiekiem pochowanym bez należytego obrządku… Kimś, kto odszedł „nie tak”, jak powinien. W ludowym wyobrażeniu taki zmarły nie zawsze opuszczał świat żywych. Czasem wracał, dusił we śnie, pił krew, sprowadzał choroby. Chodził od domu do domu i pociągał za sobą następnych.

 Łukasz Kozak w swojej książce „Upiór. Historia naturalna” bardzo mocno przypomina, że polski i ruski upiór nie jest tylko ciekawostką z marginesu folkloru. To część dawnego sposobu myślenia o śmierci, ciele, duszy i wspólnocie. Upiór nie był „potworem z bajki”, ale odpowiedzią na pytanie, dlaczego po jednej śmierci przychodzą następne. Dlaczego człowiek po pogrzebie śni się rodzinie. Dlaczego bydło marnieje. Dlaczego dziecko gaśnie bez widocznej przyczyny. Dlaczego w czasie zarazy umierają całe domy. Dziś szukalibyśmy przyczyn w epidemiach, głodzie, traumie, zakażeniach, przemocy i psychologii żałoby. Dawniej odpowiedź mogła brzmieć: zmarły nie leży spokojnie.

 Bohdan Baranowski w klasycznej pracy „W kręgu upiorów i wilkołaków. Demonologia słowiańska” opisuje świat, w którym granica między upiorem, wampirem, strzygoniem czy wąpierzem bywała płynna. Lud nie zawsze rozdzielał te istoty tak, jak później próbowali robić badacze. Ważniejsze od nazwy było działanie. Coś wychodziło z grobu. Coś szkodziło żywym. Coś zabierało krew, oddech, mleko, zdrowie, szczęście. Coś sprawiało, że dom, który jeszcze niedawno był pełen ludzi, nagle pustoszał.

 Na Kresach ten lęk miał szczególne warunki do rozwoju. Było to pogranicze nie tylko państwowe, ale też kulturowe, religijne i językowe. Polskie, ruskie, ukraińskie, białoruskie, litewskie, tatarskie, żydowskie i ormiańskie ślady nakładały się na siebie przez stulecia. Katolicyzm spotykał się z prawosławiem i unią. Dwór stał niedaleko cerkwi, karczmy, cmentarza i starego kurhanu, którego pochodzenia nikt już nie znał. W takim krajobrazie opowieści wędrowały razem z ludźmi. Jedni mówili „upiór”, inni „wąpierz”, jeszcze inni „strzygoń” albo „martwiec”. Sens pozostawał podobny: zmarły nie odszedł do końca.

 Kazimierz Moszyński w monumentalnej „Kulturze ludowej Słowian” pokazuje, jak ogromne znaczenie w kulturze ludowej miały obrzędy przejścia, śmierć, pogrzeb i zabezpieczenie wspólnoty przed tym, co nieczyste lub niepokojące. Śmierć była momentem groźnym, bo naruszała porządek. Zmarłego trzeba było właściwie odprowadzić. Trzeba było wiedzieć, co zrobić z ciałem, z jego rzeczami, z drogą na cmentarz, z progiem domu, z miejscem pochówku. Jeśli coś poszło źle, jeśli ciało pochowano w pośpiechu, jeśli zabrakło modlitwy, jeśli ktoś zginął gwałtownie, wyobraźnia ludowa dopowiadała resztę.

 A powstanie Chmielnickiego było właśnie czasem śmierci gwałtownej, nagłej, często anonimowej. W takiej rzeczywistości mogiła przestawała być spokojnym miejscem spoczynku. Stawała się podejrzana. Zwłaszcza mogiła świeża. Zwłaszcza taka, o której mówiono, że ziemia na niej się zapada, że pies nie chce przejść obok, że nocą widać tam światełko, że ktoś słyszał jęk, że koń stanął dęba, że dziecko po powrocie z pastwiska zaczęło chorować. W kulturze ludowej takie szczegóły miały ogromne znaczenie. One były jak dowody w sprawie, której nikt nie zapisywał, ale wszyscy ją omawiali.

 Oskar Kolberg, zbierając w XIX wieku podania, pieśni i wierzenia ludowe, wielokrotnie notował opowieści o upiorach i sposobach zabezpieczania się przed nimi. W jego materiałach powraca motyw odcinania głowy, przebijania ciała, układania zwłok w określony sposób, używania osiny, żelaza, cierni, kamieni. Dla dzisiejszego czytelnika brzmi to makabrycznie, ale dla dawnej wspólnoty nie była to makabra dla samej makabry. To była rozpaczliwa próba odzyskania kontroli nad światem, w którym śmierć wymknęła się spod kontroli. Jeśli z grobu przychodziło nieszczęście, trzeba było ten grób „uciszyć”.

 Właśnie dlatego mogiły tak często pojawiają się w opowieściach o kresowych upiorach. Mogiła była znakiem, że coś się wydarzyło, ale nie zawsze było wiadomo co. Czasem leżeli tam żołnierze. Czasem chłopi. Czasem szlachta. Czasem ludzie spaleni w zabudowaniach. Czasem ci, których zebrano po bitwie i wrzucono razem, bo nie było czasu na osobne pochówki. W takim miejscu łatwo rodzi się legenda. Zwłaszcza jeśli przez lata nikt nie potrafi powiedzieć, kto tam spoczywa. Anonimowy grób ma w sobie więcej grozy niż grób podpisany. Imię oswaja śmierć. Bez imienia zostaje tylko ziemia i domysł.

 Ale jest w tych opowieściach coś jeszcze głębszego. Upiór z kresowej mogiły to nie tylko demon. To także wyrzut sumienia żywych. Przypomnienie o tych, których nie opłakano. O ciałach, których nie rozpoznano. O zmarłych, którzy nie mieli swojego miejsca w pamięci. Gdy lud mówił, że umarły wraca, być może mówił również: nie można tak po prostu przejść nad tą śmiercią do porządku dziennego. Nie można udawać, że mogiła przy drodze jest tylko kopcem ziemi. Ona coś znaczy. Ona patrzy.

 W kontekście powstania Chmielnickiego takie wierzenia nabierają szczególnej siły. To był czas wielkiego społecznego pęknięcia, ale też czas ogromnego cierpienia cywilów. W pamięci jednych zapisał się jako bunt i walka o sprawiedliwość, w pamięci innych jako katastrofa i rzeź. Historia ma tu wiele głosów i trzeba je traktować ostrożnie. Ale ludowy strach przed umarłymi wyrastał często ponad polityczne podziały. Upiór nie pytał o program polityczny. Przychodził tam, gdzie śmierć była zbyt nagła, zbyt liczna i zbyt źle pochowana.

 Aleksander Brückner w „Mitologii słowiańskiej i polskiej” pisał o upiorach i wilkołakach jako o jednym z najbardziej uporczywych motywów słowiańskiej wyobraźni. I rzeczywiście, trudno znaleźć motyw bardziej odporny na czas. Chrześcijaństwo próbowało go oswoić, oświecenie wyśmiać, medycyna wyjaśnić, literatura przerobić na romantyczną grozę, a jednak upiór wciąż wracał. Może dlatego, że nie był tylko zabobonem. Był figurą lęku, który każdy rozumie: że śmierć nie jest zamknięta, że przeszłość nie została pogrzebana, że to, co ukryto w ziemi, może jeszcze przemówić.

 Na dawnych Kresach ten lęk miał idealną scenerię. Szerokie pola, drogi ginące w ciemności, samotne krzyże, stare cmentarze, opuszczone dwory, cerkwiska, kurhany i jar, w którym podobno kiedyś kogoś zakopano. Nocą wszystko to zaczynało żyć inaczej. Wiatr poruszał trawę na mogile, pies wył za stodołą, koń parskał niespokojnie, a ktoś przy piecu opowiadał półgłosem, że w sąsiedniej wsi odkopali zmarłego i znaleźli go takiego, jakby dopiero co zasnął. Rumianego. Z krwią przy ustach.

 Czy naprawdę wierzono, że tacy umarli wysysają krew? Tak, w wielu wariantach ludowych wierzeń pojawia się motyw krwi, choć nie zawsze w takim sensie, jaki znamy z późniejszych opowieści o wampirach. Krew była znakiem życia, siły i winy. Jeśli znajdowano ją przy ciele, jeśli wydawało się, że trup nie ulega rozkładowi, jeśli po śmierci jednej osoby chorowali następni, rodziło się podejrzenie. Upiór „pił” życie z żywych. Czasem dosłownie, czasem symbolicznie. Dla ludzi, którzy widzieli śmierć bez końca, różnica między jednym a drugim mogła nie mieć większego znaczenia.

 Najbardziej przejmujące jest jednak to, że te opowieści nie są tylko strasznymi bajkami. One mówią o świecie, w którym człowiek próbował nazwać doświadczenie graniczne. Powstanie Chmielnickiego pozostawiło po sobie nie tylko dokumenty, uniwersały, pamiętniki i kroniki. Pozostawiło też miejsca, których się bano. Mogiły, których nie ruszano. Historie, które powtarzano dzieciom nie po to, żeby je zabawić, ale żeby nauczyć ostrożności: nie chodź tam po zmroku, nie śmiej się przy grobie, nie zabieraj niczego z mogiły, nie wołaj umarłych po imieniu.

 Można powiedzieć, że upiór był cieniem historii. Tam, gdzie kronikarz zapisywał bitwę, lud dopowiadał nocny jęk z kurhanu. Tam, gdzie historyk widzi proces społeczny, chłop widział sąsiada, który po śmierci przychodził pod okno. Tam, gdzie dziś mówimy o traumie zbiorowej, dawniej mówiono o niespokojnym trupie. I choć język się zmienił, samo doświadczenie nie jest nam całkiem obce. Bo przecież i dziś wiemy, że są takie krzywdy, które nie kończą się wraz z pogrzebem. Są takie śmierci, które długo nie dają spokoju żywym.

 Dlatego temat kresowych upiorów z czasów powstania Chmielnickiego jest tak mocny. Nie chodzi w nim wyłącznie o ludową grozę, kołki osikowe i zmarłych pijących krew. Chodzi o pamięć ziemi, na której zbyt często kopano groby pośpiesznie. Chodzi o strach ludzi żyjących na pograniczu, gdzie wielka polityka przychodziła pod wiejską chałupę z ogniem, szablą i chorobą. Chodzi o mogiły, które stawały się nie tylko miejscem pochówku, ale też centrum opowieści.

 A może właśnie dlatego dawne kresowe historie o upiorach wciąż działają na wyobraźnię. Bo za każdym takim upiorem stoi pytanie, które jest straszniejsze niż sam demon: co dzieje się ze zmarłymi, których nikt naprawdę nie pożegnał?

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *