Oczy w lesie
|

W co wierzyli jeszcze nasi dziadkowie? Duchy, które mieszkały w lesie

Dzisiaj las kojarzy nam się przede wszystkim ze spokojem. Z miejscem, do którego idziemy na spacer, po grzyby albo po prostu po to, aby na chwilę uciec od hałasu. Wchodzimy między drzewa z telefonem w kieszeni, mapą w aplikacji i przekonaniem, że każdą leśną ścieżkę można odnaleźć na ekranie.

 Jeszcze nasi dziadkowie patrzyli na las zupełnie inaczej. A o pradziadkach nawet nie wspominając. Dla nich las nie był jedynie skupiskiem drzew. Był osobnym światem, posiadającym własne prawa, własnych mieszkańców i granice, których człowiek nie powinien przekraczać bez wyraźnej potrzeby. Zwłaszcza po zachodzie słońca.

 W wielu wsiach dzieci od najmłodszych lat słyszały, aby nie chodzić samotnie do lasu, nie odpowiadać na wołanie dochodzące spomiędzy drzew i nigdy nie podążać za obcym człowiekiem, który pojawił się na ścieżce znikąd. Nie zawsze chodziło wyłącznie o strach przed wilkami, zbójcami albo zabłądzeniem. Wierzono, że w głębi lasu można spotkać coś, co tylko wygląda jak człowiek.

 Starzy ludzie opowiadali o wysokich postaciach ubranych w długie, czarne płaszcze. Miały pojawiać się późnym wieczorem, najczęściej na skraju lasu albo przy skrzyżowaniach ścieżek. Na głowach nosiły szerokie kapelusze, spod których nie było widać twarzy. Stały bez ruchu i obserwowały przechodzącego człowieka. Niektórzy twierdzili, że postać odwracała się powoli i odchodziła w stronę drzew, jakby chciała, aby ktoś ruszył za nią. Inni przekonywali, że szła za człowiekiem, nie wydając przy tym żadnego dźwięku. Nie było słychać kroków, łamanych gałęzi ani szelestu płaszcza. Wystarczyło jednak obejrzeć się za siebie, aby dostrzec ją kilka metrów dalej. Najgorsze było to, że po każdym kolejnym spojrzeniu znajdowała się coraz bliżej.

 Dlatego starsi przestrzegali, aby po zmroku nie oglądać się w lesie za siebie. Nawet jeśli słyszało się kroki. Nawet jeśli miało się wrażenie, że ktoś idzie tuż za plecami. Człowiek powinien patrzeć przed siebie, iść równym krokiem i nie zatrzymywać się aż do chwili, gdy zobaczy światła pierwszych domów.

 Wierzono również, że w lesie można spotkać kobiety, których nikt wcześniej nie widział w pobliskich wsiach. Pojawiały się niespodziewanie, często przy strumieniach, na polanach albo w miejscach, gdzie ścieżka nagle rozwidlała się na kilka stron. Bywały piękne, miały długie włosy, jasną skórę i spokojny głos. Prosiły o wskazanie drogi, pomoc w niesieniu kosza albo odprowadzenie do domu. Dopiero po chwili człowiek zauważał, że w ich wyglądzie jest coś niepokojącego. Ich oczy były całkowicie czarne, nie miały białek ani źrenic. Przypominały dwie ciemne, nieruchome dziury, w których nie odbijało się światło. Kobiety te miały nigdy nie mrugać. Patrzyły prosto na człowieka i uśmiechały się, nawet gdy ten zaczynał się cofać. Jeżeli ktoś odwrócił wzrok choćby na chwilę, znikały. Nie odchodziły, nie uciekały, nie chowały się pomiędzy drzewami. Po prostu przestawały tam być. Czasami po ich zniknięciu na ziemi pozostawały mokre ślady bosych stóp, chociaż od wielu dni nie padał deszcz. Innym razem człowiek odkrywał, że koszyk, który kobieta trzymała w rękach, nadal stoi przy ścieżce. W środku nie było jednak jagód ani grzybów, lecz stare kości, zgniłe liście i splątane włosy.

 Nie brakowało też opowieści o śmiechu dochodzącym z głębi lasu. Nie był to zwyczajny śmiech człowieka. Początkowo brzmiał cicho i daleko, jakby ktoś śmiał się za wzgórzem albo po drugiej stronie rzeki. Po chwili odzywał się jednak z zupełnie innego miejsca. Raz z lewej strony, raz z prawej, a później tuż za plecami. Niektórzy opisywali go jako śmiech kobiety. Inni twierdzili, że przypominał chichot małego dziecka. Najstarsi mówili natomiast, że był to głos czegoś, co próbuje naśladować człowieka, ale nigdy nie robi tego do końca poprawnie. Śmiech stawał się coraz głośniejszy, coraz bardziej nienaturalny i urywał się dokładnie w chwili, gdy człowiek zaczynał uciekać. Wtedy las nagle cichł, nie śpiewały ptaki, nie szumiały liście, nie było słychać nawet własnych kroków. Człowiek miał wrażenie, że biegnie w całkowitej pustce, choć wokół niego nadal stały drzewa.

 Z leśnym śmiechem wiązało się jeszcze jedno ostrzeżenie. Nie wolno było się śmiać w odpowiedzi. Wierzono, że kto odpowie na głos z lasu, daje znać, gdzie się znajduje. Od tej chwili coś może ruszyć jego śladem. Może odprowadzić go aż do granicy wsi, a czasami nawet pod sam dom.

 Dawniej ludzie opowiadali także o głosach bliskich osób. Człowiek szedł przez las i nagle słyszał, jak woła go matka, żona, brat albo dziecko. Głos był wyraźny, znajomy i pełen niepokoju. Dochodził jednak z miejsca, w którym nie powinno być żadnego człowieka. Starzy mieszkańcy wsi mówili, że las potrafi zapamiętywać głosy. Słucha rozmów drwali, grzybiarzy i dzieci zbierających jagody, a później wykorzystuje ich słowa, aby zwabić samotnego wędrowca z bezpiecznej ścieżki. Dlatego nie należało odpowiadać na wołanie, dopóki nie zobaczyło się osoby, która wypowiadała nasze imię. Najbardziej niebezpieczne miało być wołanie rozlegające się trzy razy. Pierwsze można było uznać za przesłyszenie. Drugie za echo. Trzecie oznaczało, że coś naprawdę czeka między drzewami.

 Opowiadano również o światłach pojawiających się nocą na leśnych polanach. Wyglądały jak lampy, pochodnie albo ogniska. Wędrowiec widział je w oddali i sądził, że znajduje się tam dom, obozowisko lub grupa ludzi. Kiedy jednak próbował do nich dotrzeć, światła oddalały się coraz bardziej. Człowiek mógł iść za nimi przez wiele godzin, choć wydawało mu się, że minęło zaledwie kilka minut. Niektórzy wracali o świcie przemarznięci, ubrudzeni ziemią i niezdolni wyjaśnić, gdzie spędzili noc. Inni budzili się w miejscach, których wcześniej nie znali, pomimo że las znajdował się zaledwie kilka kilometrów od ich domu. Zdarzało się, że ktoś znikał na całą noc, a po powrocie był przekonany, że nie było go najwyżej godzinę. Las miał bowiem nie tylko własnych mieszkańców. Miał także własny czas.

 Szczególny lęk budziły stare drzewa, zwłaszcza te rosnące samotnie na polanach. Nie wolno było ich bez potrzeby dotykać, rąbać ani siadać pod nimi po zachodzie słońca. Wierzono, że w ich pniach mogą mieszkać duchy, a pod korzeniami znajdują się przejścia do miejsc, których człowiek nie powinien odwiedzać. Czasem w środku nocy z lasu dochodziło stukanie przypominające uderzenia siekiery. Niektórzy sądzili, że to drwale kończą pracę. Kiedy jednak rano szli sprawdzić, kto pracował nocą, nie znajdowali ani śladów butów, ani powalonych drzew. Na korze jednego z nich widniały za to trzy świeże nacięcia.

 Dziadkowie powtarzali również, że nie wolno zabierać z lasu wszystkiego, co wpadnie nam w ręce. Szczególnie przedmiotów znalezionych w miejscach, w których nie powinno ich być. Drewnianych zabawek pozostawionych na pustej polanie, czarnych wstążek przywiązanych do gałęzi, monet leżących na kamieniu albo małych figurek wyrzeźbionych z drewna. Takie rzeczy mogły nie zostać zgubione. Mogły być pozostawione celowo. Kto zabrał je do domu, mógł sprowadzić ze sobą coś jeszcze. Później nocami w sieni słychać było kroki. Drzwi otwierały się bez powodu. Zwierzęta warczały w stronę pustego kąta, a domownicy budzili się z przekonaniem, że ktoś stoi za oknem. Czasami na skraju podwórka pojawiała się ta sama postać, którą wcześniej widziano w lesie. W długim płaszczu i kapeluszu zasłaniającym twarz. Nie podchodziła bliżej, nie musiała. Wystarczyło, że człowiek wiedział, iż została przez niego zauważona.

 Trudno dziś powiedzieć, ile w tych historiach było prawdziwej wiary, ile strachu przed nieznanym, a ile prób chronienia dzieci przed zaginięciem w lesie. Dawne wsie nie były oświetlone, lasy były większe i mniej dostępne, a noc naprawdę oznaczała ciemność. Każdy trzask gałęzi mógł należeć do zwierzęcia, człowieka albo czegoś, czemu dopiero wyobraźnia nadawała kształt. Mimo to podobne opowieści pojawiały się w wielu miejscach. Zmieniały się nazwy wsi, wygląd duchów i szczegóły spotkań, ale ostrzeżenia pozostawały niemal takie same: nie chodź sam do lasu po zmroku, nie odpowiadaj, gdy ktoś woła cię po imieniu, nie podążaj za światłem…

 Dzisiaj możemy uznać te opowieści za dawne przesądy. Możemy tłumaczyć tajemnicze postacie cieniem, mgłą, zmęczeniem albo zwyczajnym lękiem. Możemy powiedzieć, że czarne oczy były jedynie wyobrażeniem, a głosy wśród drzew powstawały przez echo.

 Jednak nawet współcześnie zdarzają się ludzie, którzy po powrocie z samotnej wędrówki opowiadają o sylwetce stojącej między drzewami. O kobiecie, której twarzy nie potrafili zapamiętać. O śmiechu, który przesuwał się razem z nimi, choć w pobliżu nie było nikogo. Być może dawne wierzenia nie zniknęły całkowicie, tylko po prostu przestaliśmy o nich mówić. Las natomiast pozostał taki sam. Nadal ma miejsca, do których prawie nie dociera światło. Nadal potrafi zagłuszyć odgłosy świata i sprawić, że dobrze znana ścieżka nagle wydaje się obca.

 A kiedy późnym wieczorem gdzieś pomiędzy drzewami rozlega się cichy, przeciągły śmiech, nawet najbardziej rozsądny człowiek zaczyna się zastanawiać, czy nasi dziadkowie naprawdę wierzyli w leśne duchy bez żadnego powodu.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *