Montepulciano
||

Nawiedzone Włochy

Włochy pachną kawą, rozgrzanym kamieniem i kolacją jedzoną późnym wieczorem. Kojarzą się z wakacjami, sztuką i uliczkami, w których najchętniej zgubilibyśmy się na całe popołudnie. Ale wystarczy, że zapadnie zmrok, opustoszeje plac, a nad kanałami Wenecji pojawi się mgła, żeby ta sama sceneria nabrała zupełnie innego charakteru. Za fasadami pałaców kryją się opowieści o tragicznych śmierciach, w zamkowych korytarzach podobno słychać dziecięcy płacz, a niektóre wyspy dorobiły się reputacji miejsc, z których lepiej wrócić przed nocą. Czy we Włoszech rzeczywiście aż tak straszy?

Włoska reputacja ma bardzo sugestywne tło. Przez stulecia na Półwyspie Apenińskim powstawały pałace, klasztory, twierdze i miasta, których mieszkańcy doświadczali wojen, epidemii oraz walk o władzę. W takiej scenerii łatwo wyobrazić sobie historię, która nie kończy się wraz ze śmiercią bohatera. Dawna zbrodnia zyskuje kolejne szczegóły, niewyjaśniony odgłos zostaje połączony z tragicznym wydarzeniem, a opuszczona komnata otrzymuje własnego niewidzialnego lokatora. To dobry sposób, by zrozumieć siłę tych legend, choć sama niezwykła przeszłość budynku nie stanowi dowodu na nawiedzenie.

Jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli mrocznych Włoch jest Poveglia, wyspa na Lagunie Weneckiej. Jej dzieje obejmują funkcje związane z kwarantanną i opieką nad chorymi, ale w popularnych opowieściach urosła do rangi niemal przeklętego skrawka ziemi. Krążą historie o cierpiących duszach, okrutnym lekarzu i niepokojących odgłosach dochodzących z pustych zabudowań. Warto jednak uważać na szczegóły powtarzane w internetowych opisach. Badacze Federica Letizia Cavallo i Francesco Visentin analizowali, jak telewizja oraz internet współtworzyły obraz Poveglii jako „najbardziej nawiedzonej wyspy świata”. Ich praca pokazuje, że medialna opowieść o miejscu może z czasem przysłonić jego rzeczywistą, znacznie bardziej złożoną historię.

Inny rodzaj niepokoju budzi legenda Azzurriny z zamku Montebello w Romanii. Według opowieści mała dziewczynka zniknęła w 1375 roku, kiedy ruszyła za piłką w stronę zamkowej lodowni. Miała jasne włosy, którym próby farbowania nadawały niebieskawy odcień, stąd jej przydomek. Legenda głosi, że w zamku nadal można usłyszeć jej głos, szczególnie w czasie letniego przesilenia, co pięć lat. Jest w tej historii coś wyjątkowo przejmującego: zwyczajna dziecięca zabawa nagle urywa się i pozostawia po sobie ciszę. Trzeba jednak pamiętać, że istnienie dziewczynki i okoliczności jej zaginięcia nie mają pewnego potwierdzenia w źródłach historycznych. To opowieść o duchu, a nie udokumentowana sprawa zaginięcia z kompletem zachowanych świadectw.

Rzym ma natomiast swoją Beatrice Cenci. Była prawdziwą postacią, młodą szlachcianką straconą w 1599 roku po procesie dotyczącym zabójstwa jej ojca. Jej los obrósł literaturą i legendami, a jedna z nich umieszcza jej ducha przy moście Świętego Anioła. W rocznicę egzekucji ma tam powracać zjawa niosąca własną głowę. Ta makabryczna opowieść zachowuje pamięć o tragedii i poczuciu krzywdy, które przez wieki towarzyszyły historii Beatrice. Most można zobaczyć, datę egzekucji sprawdzić, ale nocne spotkanie z jej duchem pozostaje częścią rzymskiego folkloru.

W Wenecji uwagę przyciąga również Ca’ Dario, pałac nad Canal Grande, któremu przypisuje się klątwę. Według krążących opowieści osoby związane z budynkiem miały doświadczać finansowych katastrof i tragicznych śmierci. To szczególnie niepokojący rodzaj legendy, ponieważ zagrożenie nie przybiera w niej postaci widma pojawiającego się w oknie. Ma być wpisane w sam adres. Piękny dom staje się obietnicą nieszczęścia. Łączenie losów kolejnych mieszkańców w historię jednej klątwy pozostaje jednak interpretacją, a nie dowodem, że budynek może decydować o czyimś życiu.

Czy zatem we Włoszech naprawdę straszy bardziej niż gdzie indziej? Przytoczone historie nie pozwalają tego stwierdzić. Pokazują za to, jak silnie miejsce, ludzka tragedia i wyobraźnia mogą się ze sobą spleść. Włoskie legendy mają niezwykłą scenografię: wodę uderzającą nocą o fundamenty pałacu, schody schodzące pod ziemię, zamkowe sale i okna, za którymi od dawna nie zapala się światło. Gdy wcześniej usłyszymy, kto podobno tam powraca, nawet zwyczajny szelest nabiera znaczenia.

Być może właśnie dlatego mroczna strona Włoch tak fascynuje. W dzień oglądamy freski, fotografujemy mosty i podziwiamy fasady. Wieczorem przypominamy sobie, że te same miejsca były świadkami cudzych dramatów. Nie trzeba uznawać każdej legendy za prawdę, żeby poczuć dreszcz na pustej uliczce. Czasem wystarczy świadomość, że za pięknem, które przyjechaliśmy podziwiać, kryje się historia, o której przewodnik opowiedział dopiero po zachodzie słońca.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *